wtorek, 9 listopada 2010

Cities Visited







piątek, 20 sierpnia 2010

Dupa plaża

Dupa plaża? - spytała aptekarka po tym, jak na migi pokazaliśmy, ze potrzebujemy kremu do opalania. Po chwili konsternacji odpowiedzieliśmy, że nie. Dupa to po rumuńsku "po". Z kolei jak coś zgubią, mówią "pierdut".

Otóż po plaży, czyli po Delcie Dunaju, kierujemy się na północ, do Bukowiny. To najdłuższy odcinek w czasie całej podróży, ale droga jest ładna i na wieczór zajeżdżamy w okolice Suceavy. W miasteczku o wdzięcznej nazwie Gura Humoru Lui zaczepia nas bardzo ekspresyjna pani, która zaciąga nas do swojego domu. Po pól godzinie znamy jej życiorys i co słuchać u dzieci, mimo braku znajomości wspólnego języka.

Rano jedziemy oglądać słynne bukowińskie cerkiewki. Są najczęściej drewniane i każdy centymetr wewnątrz i na zewnątrz jest pokryty ikonami. Pętlę przez piękne góry kończymy w Nowym Sołońcu, jednej z kilku polskich wiosek. Polacy osiedli tu w osiemnastym wieku i do dziś wioski są stuprocentowo polskie. Sympatyczni panowie w sklepie opowiadają o wyjazdach do kraju i nauce polskiego w szkole.

Wieczorem kierujemy się w stronę Maramureszu. Jedziemy doliną wśród malowniczych gór, wzdłuż drogi coraz więcej obozów cygańskich. M prosi, żebyśmy tu nie rozbijali namiotu. Na wieczór dojeżdżamy do Doliny Izy i znajdujemy kwaterę. Zostajemy powitani szklanką palinki, czyli wódki ze śliwek i jabłek.

Na śniadanie serwują chleb ze słoniną. Ruszamy oglądać stare domy i cerkwie. W jednej trwa renowacja - gromada młodzieży siedzi i poprawia stare malowidła. W środku nie wolno robić zdjęć, oczywiście łamię ten zakaz, wtedy upominają mnie, że zdjęcia wnętrz to mogę robić, ale nie renowatorów.

Kolejny przystanek to Sapanta, znana z "wesołego cmentarza". Na każdym nagrobku jest obrazkowo przedstawione życie zmarłego, albo powód śmierci. Ruszamy dalej w trasę i przez Satu Mare zmieniamy dziurawe rumuńskie drogi na węgierskie autostrady i dojeżdżamy do Tokaju. U naszej ulubionej babci nie ma już miejsc, ale pozwala nam rozbić się w ogrodzie. Namiot ma wreszcie swoje pięć minut. W Tokaju - wiadomo - uzupełniamy zapasy płynów, w tym plastikową butlę ze świetnym Muskotaly.

Kolejny odcinek kończymy w Jasionce pod Rzeszowem, gdzie pamiętam świetne miejsce - Dwór Ostoya. I tu dopiero znajdujemy stasiukowy rozkład i przemijanie - bo dawno minęły czasy świetności tego miejsca. Następnego dnia witamy się z kotami po dwóch tygodniach i trzech i pół tysiącach kilometrów.

środa, 4 sierpnia 2010

Delta Dunaju

W Braszowie zostajemy na niedzielne leniuchowanie. Lansujemy się w modnych knajpach przy deptaku, którym powoli przechadzają się najlepsze partie miasta. Zwiedzamy Czarny Kościół, gotycką świątynię z surowym wnętrzem. Na ścianie tablica z proboszczami od czternastego wieku do teraz, wszystkie nazwiska niemieckie.

Z Braszowa jedziemy na południe. W Sinaia oglądamy letnią rezydencję Hohenzollernów, pałacyki bogato zrobione rzeźbami i porożami. Zjeżdżamy z gór i uderza w nas fala gorąca, jedziemy autostradą, ale nawet rozpędzenie się do 180 kmh nie przynosi spodziewanego ochłodzenia. Podejmujemy dramatyczną decyzję - zdejmujemy kurtki. Im dalej w stronę Ukrainy, tym coraz mniej miast i samochodów, jedziemy długą, prostą drogą przez pola. Nad polami polują ptaki, biorę jednego na klatę. Nocujemy w przydrożnym motelu, w rytm przejeżdżających tirów. Za gorąco, żeby spać, oglądamy rumuński kanał muzyczny, którego prezenterka w stroju topless tańczy i śpiewa piosenki, które puszcza.

Rano dojeżdżamy do Tulczy, ostatniego portu na Dunaju. Ugadujemy portiera w najlepszym hotelu, żeby popilnowal motoru, a sami wsiadamy na ukraiński wodolot, który wiezie nas przez Deltę.
Dopływamy do Sfintu Gheorghe, wioski przy samym ujściu jednej z odnóg Dunaju. Nie dochodzą tu drogi, wszystko przywozi się na łodziach. Po pasażerów wodolotu wyjechały wózki zaprzęgnięte w osiołki. Ruszamy zobaczyć deltę. Rybak zabiera nas swoją krypą napędzają ruskim dieslem o dźwięku młota pneumatycznego. Po godzinie docieramy do jeziora, ale nie możemy na nie wpłynąć. Idziemy na piechotę brodząc w ptasich odchodach. Podchodzimy dużą kolonię pelikanów, dostojnie odpływają na bezpieczną odległość. Wracamy przy zachodzącym słońcu. Na kolację gospodarze podają wielkiego suma. Następnego dnia będzie jeszcze lepszy jesiotr, druga z podstaw tutejszego menu.

Rano idziemy na plażę, korzystamy z miejskiego transportu, czyli traktora z przyczepą. Plaża jest dość pusta, trudno się dziwić przy temperaturze 40 stopni. Woda w morzu jest słodka, głównie pochodzi z Dunaju. Wieczorem niewiele się dzieje, turyści i miejscowi siedzą w jednej z dwóch knajp. Pijani rybacy próbują złapać klienta na zwiedzanie delty. Następnego dnia wracamy do Tulczy.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Motorem na dwa dwieście

Z Cluj zagłębiamy się w Transylwanię. Jedziemy do Sighisoary, ślicznego średniowiecznego miasteczka. W ciężkich motocyklowych ciuchach powoli podchodzimy do górującego nad miastem kościoła. Potem zjeżdżamy z głównej trasy, do małych niemieckich wiosek, założonych przez osadników z Saksonii, sprowadzonych niegdyś dla obrony przed hordami.

Zatrzymujemy się w pięknym szesnastowiecznym domu proboszcza, odrestaurowanym przez parę Holendrów. W wielkim ogrodzie hodują własne warzywa i winorośl, z której pędzą całkiem niezłe wino. Poznajemy emerytowanego niemieckiego testera Mercedesów, który opowiada, że najlepiej testuje się w górach Sierra Nevada, bo najszybciej można wjechać z poziomu morza w wysokie góry.

Następnego dnia robimy objazd po precyzyjnie zaplanowanych i germańsko zadbanych wioskach. Wyróżniają się charakterystycznymi warownymi kościołami, które chroniły całą wieś. Niektóre czynne do dziś z mszą po niemiecku, inne popadają w ruinę.

Wieczorem zwiedzamy dwie wioskowe knajpy. Jedna to typowa śmierdząca mordownia tylko dla mężczyzn. Druga jest nastawiona na młodszy target, główną atrakcją jest kanał o wrestlingu na dużej plazmie. Nastoletnie cyganki komplementują urodę M. W barze w dużych plastikowych butlach całkiem niezły koniak.

Przez zielone wzgórza Siedmiogrodu jedziemy w góry. Po drodze zwiedzamy Sibiu, jeden z siedmiu grodów. Zwiedzamy pojedynczo, nie ma gdzie zostawić motoru z bagażami pod opieką. Szybko ruszamy dalej, przed nami legendarna trasa Transalpina.

Do niedawna przejezdna tylko dla terenówek, teraz jest utwardzana. Nie mogliśmy nigdzie się dowiedzieć, czy już jest cała wyasfaltowana. Nie jest. Na początku asfaltowe serpentyny, potem zwykła gruntowa droga przez las. Obciążony motocykl zanurza się w błocie i ślizga się przejeżdżając przez strumyki. Zatrzymujemy się przy bacówce i kupujemy świeżą bryndzę. Wyżej widoki robią się coraz lepsze, w najwyższym punkcie (jakieś 2200 metrów) panorama jest z obu stron. Tuż za szczytem trafiamy na świeże osuwisko. Trzeba się przebić przez spulchnioną ziemię z kamieniami. Zaraz potem wjeżdżamy we mgłę, widoczność na kilka metrów wystarcza, żeby wyhamować przed kolejnym zakrętem o 180 stopni. Ręce mi odmawiają posłuszeństwa, M odmawia zdrowaśki. Dojeżdżamy do schroniska, okazuje się, że jest całe zajęte przez... konferencję jakiejś firmy. Na szczęście niedaleko powstaje kurort narciarski, znajdujemy pensjonat. Transalpina to najtrudniejsza rzecz, jaką zrobiłem na motocyklu.

Rano po umyciu z błota i nasmarowaniu łańcucha ruszamy w stronę drugiej słynnej trasy, Transfogarskiej. Zbudował ją Ceausescu, który chciał móc szybko przerzucić czołgi przez Karpaty. Trasa wchodzi na 2040 metrów, widoki są niesamowite. Winkle do jazdy motorem też konkretne. Ale akurat jest weekend, a w weekend każdy porządny Rumun pakuje rodzinę do Dacii Logan, rusza w góry, rozbija się gdzie popadnie i rozpala grilla. Na trasie tłok, miejsca widokowe zajęte, rozbić się na dziko nie da, bo wszędzie już plonie ognisko. Dlatego zjeżdżamy z gór i wieczorem docieramy do Braszowa.

wtorek, 27 lipca 2010

Jadąc (motorem) do Babadag

Ruszamy w trasę, tym razem motorem do Rumunii. To pierwsza wycieczka motocyklowa, nie wiemy czego się spodziewać. Udało się spakować w kufer centralny, dwie sakwy boczne i tankbag, czyli torbę na bak. A, jeszcze namiot przytroczony do kufra.

Pierwsze dwieście kilometrów idealne, trasa pusta, droga równa jak stół. W mijanym markecie dokupujemy zapas trytytek na wszelki wypadek. Pod Rzeszowem zaczynają się schody. Zaczyna padać, po pewnym czasie leje już porządnie. Zakładamy żółte kombinezony, w których wyglądamy jak zespół ratownictwa chemicznego. Nie obejmują stóp i dłoni, więc zanim znajdziemy miejsce na obiad, mamy przemoczone buty i rękawice. Nie przestaje padać, więc do Dukli dojeżdżamy w deszczu. (Tu wchodzi trzygodzinna przerwa na suszenie rzeczy pożyczoną suszarką). Wieczorem ruszamy w poszukiwaniu Stasiuka. Znajdujemy jedyny czynny bar, którego dwudziestu pijanych klientów przerywa rozmowy, kiedy wchodzimy. Ani śladu Stasiuka.

Nazajutrz rano wycieczka do Krosna do najbliższego sklepu motocyklowego po gumowe pokrowce na buty (kto mógł przypuszczać, że taki produkt w ogóle istnieje). Potem śmigamy przez Słowację i zatrzymujemy się na tankowanie na Węgrzech. Dochodzi nas swąd spalenizny i okazuje się, że tłumik przypalił jedną z sakw wraz z zapasem brudnej bielizny. Po naprawie power tape'm zjeżdżamy z głównej trasy i powoli jedziemy przez winnice Tokaju. Wzgórza winorośli, domki hobbitów czyli piwniczki na wino, małe senne miasteczka. Na noc zostajemy w Tokaju. Wieczorem testujemy różne tokaje, najlepiej wypada 'cuve'.

Rano pada. Droga w stronę Rumunii jest tłoczna. Na granicy okazuje się, że jedna z sakw utrąciła kierunkowskaz. Udaje się naprawić, ale nasza cierpliwość do osprzętu jest na wyczerpaniu. Po drodze do Cluj mijamy malownicze zielone wzgórza ze stadami owiec. W jednym z miast straszą kilkupiętrowe, zdobione wieżyczkami i blaszanymi kwiatkami, niedokończone cygańskie pałace. W Cluj zaczepiamy dziewczynę, która woła swojego chłopaka motocyklistę i prowadzą nas do zaprzyjaźnionego hotelu. Wieczór to pierwszy test rumuńskiej kuchni, dowiadujemy się czemu nie jest ona tak popularna w świecie jak inne.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Wesele

Do Cancun przyjeżdżamy na wesele. Moja siostra z Kanady wychodzi za Walijczyka, goście zjechali z Kanady, Wielkiej Brytanii, Australii, Nowej Zelandii, no i Polski. Przygotowujemy się w centrum handlowym - hawajska koszula, próbki w perfumerii, próbki u fryzjera. Impreza odbywa się w wielkim pięciogwiazdkowym hotelu all inclusive. Wstęp po wykupieniu trzydniowego pobytu, co absolutnie nas nie zraża. Większość hoteli w Cancun to wielkie molochy stojące przy sześciopasmowej autostradzie z jednej strony i dziesięciometrowej plaży z drugiej. Ceremonia odbywa się na dziedzińcu, stanowi dodatkową atrakcję dla wczasowiczów. Uczestnicy to w większości znajomi, bardzo kontaktowi i otwarci. Po ceremonii drinki w barze, obiad w steakhousie i tańce w hotelowej dyskotece. Nazajutrz jeden z gości musi się zbierać - czeka go 38 godzin lotu do Australii i prosto z lotniska idzie do pracy. Inna dziewczyna nigdzie się nie spieszy - akurat postanowiła zacząć nowe życie w niedalekiej Playa Del Carmen. Nazajutrz pada, więc nie ma po co wychodzić, ruszamy się tylko na podsumowującą kolację do najlepszej knajpy w Cancun. Świetne chowdery z ryb i małży oraz specjalność zakładu - homar w sosie curry na białym winie ze świeżym ananasem i grillowanymi bananami. Słodka przyjemność w słonej cenie.
Kolejny dzień to plaża - znowu wbijamy się bez opaski do krainy all inclusive. Pożegnanie z weselnikami i lecimy do Mexico City.

W stolicy trochę szwendania i w kilka chwil później lądujemy w Warszawie w połowie lutego idealnie omijając zimę stulecia.

Podsumowując - Ameryka Środkowa jest fantastyczna. Najlepiej zapamiętamy dżunglową La Moskitię i prywatną wyspę - obie rzeczy w Hondurasie.

środa, 10 lutego 2010

Underwater love

Z Flores jedziemy do Belize. Belize City robi wrażenie miasta wyluzowanych murzynów. Wsiadamy na łódź plynącą na Caye Caulker. Wyspa jest kameralna i spokojna, jedyne pojazdy to elektryczne wózki golfowe. Klimaty karaibskie, dużo rastamanów. Na budynku policji wymalowany duży napis "drogi turysto, niezależnie od tego co możesz usłyszeć od miejscowych, używanie narkotyków w naszym kraju jest zakazane". Idziemy na ogromnego, dwuosobowego homara. Jest pyszny, walka z nim zajmuje nam z półtorej godziny. Spotykamy dwóch rodaków, wiec polskim zwyczajem kupujemy piwo w nocnym i idziemy na pomost.

Rano płyniemy jachtem do parku narodowego na rafie koło San Pedro, o którym ostatniej nocy śniła Madonna. Pierwszy przystanek na snorkelowanie to zwykła rafa, ale już następny zaskakuje. Najpierw obserwujemy pasącego się żółwia, potem przewodnik wywabia z jamy i karmi wężowatą zieloną murenę. Potem oglądamy różne gatunki kolorowych ryb papug i ryb motyli, zasługujących na swoje nazwy. Nagle pojawia się rekin, podpływa do mureny. Ta walczy o swoje terytorium i gryzie intruza.

W kolejnym miejscu przewodnik rzuca garść sardynek i natychmiast pojawia się stado rekinów. Są to nurse shark, niegroźne dla człowieka. Wskakujemy do wody, łapię je za ogony. Nadpływają dostojne płaszczki, przewodnik łapie jedną bez groźnego kolca, od którego zginął Crocodile Hunter. Można ją pogłaskać. Podpływam do innej łódki, na dnie zostawili przynętę na rekiny. Wyjątkowo duża, ponad dwumetrowa sztuka próbuje wydobyć przysmak. Rekin jest tak zajęty, że można podpłynąć i go przytulić. Jest delikatny, przez skórę można wyczuć kości, trochę podobny w dotyku do pytona.

Rejs powrotny jest wesoły, załoga poi wszystkich ponczem. Wieczorem idziemy sprawdzić nocne życie wyspy, jest jakieś karaoke, jest imprezownia regggae, ale nie dzieje się tam za wiele. Podglądamy utalentowane czarne tancerki.

Rano zbieramy się i jedziemy do Meksyku. Główny news z gazety w Belize - trzech napastników związało kierowcę i uprowadziło do Gwatemali spychacz. Do Tulum docieramy późno w nocy.

W Tulum pożyczamy rowery i jedziemy 20 kilometrów do cenotów Dos Ojos. Cenoty to podziemne jaskinie wypełnione słodką wodą, uznawane przez Majów za wrota do podziemnego świata zmarłych. Dziś służą głównie do nurkowania i snorkelingu. Zakładamy maski i wpływamy do jaskiń. Pierwsze oczko jest duże, przy ścianach stalagmity i stalaktyty. Nieliczne promienie słońca, które tu dochodzą, są wyraźnie widoczne w wodzie. Małe rybki podgryzają nogi. W najdalszym zakamarku widać światło przebijające się pod wodą. Żeby się tam dostać trzeba zanurkować pod skałą. Nurkuję i wynurzam się jak widzę powierzchnię, nagle walę głową w skałę. Komnata ma metr na metr szerokości i tylko 10 centymetrów wysokości. Wystarczy, żeby zaczerpnąć powietrza, sytuacja trochę jak w filmie, kiedy poziom wody dochodzi prawie do sufitu. Ostrożnie nurkuję dalej, po kolejnych kilku wynurzeniach dopływam do drugiego oczka. Próbuję wrócić, ale w drugą stronę nic nie widać. Muszę wyjść na brzeg i obejść dokoła do pierwszej cenoty, gdzie czeka zaniepokojona M. Próbujemy pożyczyć latarki, ale ze względu na bezpieczeństwo klientów nie wypożyczają.

Wracamy do Tulum i zwiedzamy niewielkie, ale ładnie położone nad samym morzem ruiny. W sklepie pani krzyczy na męża po polsku, traci głos, kiedy mówię "dobry wieczór". Na koniec dnia plaża, po której przechadzają się golasy.

Z Tulum jedziemy obejrzeć obiekt z listy nowych cudów świata, czyli miasto Majów Chichen-Itza. Rzeczywiście jest duże i najlepiej zachowane - najwięcej szczegółów zdobień. Ale przez to, że jest główną atrakcją Jukatanu, są tu tłumy ludzi i budowle można oglądać tylko z zewnątrz. Dodatkowo przez cały czas zagadują handlarze ze swoim towarem za one dolla albo almost free.

Wieczorem dojeżdżamy do Cancun, gdzie następnego dnia mamy iść na wesele mojej siostry.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...