Nad ocean jedziemy nocnym autobusem, rano dojezdzamy do Puerto Escondido. To tu jest Mexican Pipeline, czyli mekka surferow. Wita nas idelalna plazowa pogoda, mimo, ze w calym Meksyku kleska mrozu, najnizsze temperatury od 120 lat. Spedzamy kilka dni glownie na plazy, podgladajac subkulture surferow. W jednej z knajp wystepuje zespol - trojka Francuzow w skladzie klarnet, gitara i dziecinny akordeon. Graja tradycyjne ludowe utwory z poludniowo-wschodniej Europy - balkanskie, zydowskie, rumunskie. Robia niezly show i pijane dziewczyny surferow chetnie kupuja ich plyty i wlasnoreczna bizuterie. To ich jedyne zrodlo utrzymania, zyja skromnie, ale to wystarcza na wszystko, czasem robia wypad do restauracji. Sa w podrozy od prawie poltora roku, zaczeli od zaokretowania sie na jacht przez Atlantyk na Kanarach. Planuja podroz dokola swiata.
Jednego dnia bierzemy lekcje surfingu, glowne wyzwanie to stanac na desce. M radzi sobie najlepiej z grupy, jezdzi po fali od poczatku. Mi w koncu udaje sie wykonac stand-up, ale nie nazwalbym tego surfowaniem.
Znad oceanu jedziemy do Chiapas - niepokornego stanu, siedziby zapatistas. Piekne, porosniete dzungla gory, trudno dostepny i trudny do zycia teren. Na scianach uswiadamiajace hasla - o wyborach, o potrzebie edukacji. Zawsze zamaskowany subcommandante Marcos jest tu bogiem, wystepuje na koszulkach, jako przytulanka, w formie podwojnej jako kolczyki.
Zwiedzamy Palenque - rozlegle pozostalosci miasta Majow ukryte w dzungli. Po zaliczeniu piramid spotykamy chlopaka, ktory za dodatkowa oplata chce nam pokazac dzungle. Prowadzi do nieodkopanych jeszcze domow i grobow. Poniewaz oczekujemy groznej zwierzyny, chlopak w koncu znajduje cos a´la wieworka, opisujac ja jako bardzo groznego drapiezce. Potem tropimy malpy i rzeczywiscie siedza wysoko w koronach drzew.
Jedziemy do San Cristobal de Las Casas, dawnej stolicy Chiapas. Usytuowane ponad 2000 metrow nad p.m., charakteryzuje sie ludzmi ubranymi w swetry i kurtki puchowe. Idziemy na grzane wino, w winiarni cytat z Eurypidesa - donde no hay vino, no hay amor.
Niedaleko San Cristobal jest San Juan Chamula, stolica jednej z kilku mieszkajacych w okolicy, charakterystycznych i bardzo niezaleznych grup Indian. Jest to tez miejsce ich specyficznego kultu, mieszanki kato i anime. Na rynku stoi XVI wieczny kosciol, z zewnatrz katolicki. Ale w srodku zdecydowanie inny. Posadzka wylozona sianem, po bokach obrazy swietych, niby podobnych, ale innych. Na przyklad Serce Chrystusa wystepuje w wersji malej, sredniej i najwiekszej - i sa to trzy rozne obiekty kultu. Przed kazdym obrazem swiece i stala adoracja. Zamiast glownego oltarza trzy obrazy - najwiekszy i najwazniejszy nie jest Jezus, ale Swiety Jan. W rogu kosciola grupa wiernych spiewa monotonnie w rytm gitary. Przed kazdym stoi butelka coca coli. Po modlitwie pojawia sie inna butelka. Pytam jednego z wiernych co to, podaje mi szklanke - smakuje jak bimber. Kazdy wypija szklanke, popija cola, po czym formuja procesje. Nie pozwalaja robic zdjec, poniewaz to odbiera ducha swietym. Wyglada na to, ze w tym kosciele nie odprawia sie juz nabozenstw katolickich, co w historii Kociola nie zdarza sie czesto - wiec ruszamy w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie jak to sie stalo. Informacja turystyczna, muzeum, biblioteka nie daja odpowiedzi. Pytamy mlodych, nie rozumieja pytania, mowia, ze przeciez ten kosciol jest caly czas katolicki. Pochodza z San Juan, wiec dla nich Swiety Jan jest najwazniejszy. Ale daja mi ksaizke, tam znajduje zapis o ksiedzu, ktory pod koniez XIX wieku z w zwiazku ze spadajaca frekwencja wymusil pewne zmiany w liturgii. Ale glownym motorem zmian byla niechec do katolickiej elity rzadzacych i posiadajach, jak w calym Chiapas.
Kolejny etap to Gwatemala.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Cristobal de Las Casas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Cristobal de Las Casas. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)