Kolejny dzien to podroz do Conakry, ktora trwa caly dzien. Pod wieczor dojezdzamy do miasta, choc nie widac ze to miasto - po prostu robi sie coraz wiecej ludzi. Przez dwie godziny rozwozimy pasazerow po miescie i caly cwas nie widac jakiejs konkretniejszej zabudowy. Sciemnia sie, a tu po zmroku lepiej sie nie poruszac - wojsko rozstawia kontrole i zada lapowek. W koncu dojezdzamy do jakiegos dworca, dogaduje taksowke. Chlopak prowadzi mnie do nieoznakowanego samochodu, jak ruszamy dosiada sie jeszcze dwoch jego kolegow nie wiadomo po co. Jedziemy przez cos bardziej miejskiego, staram sie zorientowac czy w dobrym kierunku. Chlopaki nie wiedza gdzie jest moj hotel, jak pytaja na ulicy to kazdy przyspiesza kroku. W koncu znajdujemy, ale okazuje sie ze potrzebna jest wczesniejsza rezerwacja. A to jest jedyna tania opcja w centrum, reszta jest na przedmiesciach, kilometry dalej. Udaje mi sie przekonac obsluge, mam pokoj. Jeszcze street food na kolacje i (wreszcie) zimne piwo i wystarczy wrazen na dzis.
Ogolnie Conakry to niezly chaos, prawdziwie afrykanskie duze miasto. Nie porzadkuje go obecnosc mnostwa wojska i policji. Wojsko jest teraz u wladzy, poniewaz zmarl prezydent i do czasu wyborow, czyli do grudnia, prezydentem jest general. Mialem z nimi stycznosc juz po drodze w trakcie kontroli - wyjatkowo chamscy i nieprzyjemni, wlasciwie pierwsi niemili ludzie tu spotkani. Z kolei policji nikt nie szanuje, a moje doswiadczenia sa rozne - wczoraj jeden wzial mnie za reke i przeprowadzil przez ulice jak przedszkolaka, a dzis inny podszedl i chcial kase. Mowi ze na kawe potrzebuje. Chcial ok 2 euro, dalem mu 20 centow i poszedlem.
Ale za to w ciagu dwoch dni udalo mi sie zalatwic wizy do 5 krajow, wiec nie bede musial siedziec w innych stolicach. Elegancka pani w sekretariacie ambasady Cote d'Ivoire ze zlotym telefonem tez chciala lapowke, pokazujac ze nie ma co jesc. Dziwne to, nie spelnilem jej prosby.
Wczoraj widzialem sie z Drame - kolejny kontakt Malika i dawny student UW. Stara sie o prace dyplomaty, na razie nie pracuje. Niesamowite jest jak oni wspominaja polska kuchnie - bigos, golonka, kielbasa - Drame dalby duzo za takie frykasy. Kilka niezlych historii z zycia studenckiego. Jak kolega go zabral na wies, gdzie nauczyl sie doic krowe i prowadzic traktor.
W Gwinei zycie jest ciezkie, mimo ze kraj ma mnostwo bogactw, zyzna ziemie i atrakcje turystyczne. Przecietna placa to 50 euro, a po studiach, w stolicy mozna zarobic do 100 euro. Puszka coli kosztuje prawie 1 euro, czyli tak, jakby u nas sie zarabialo 100 PLN.
Jutro ruszam do Mali, przede mna jakies 20 godzin podrozy peugeot taxi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Conakry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Conakry. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 marca 2009
z Conakry
Znalezienie internet cafe w Gwinei jest pewnym wyzwaniem. Znalezienie takiej, w ktorej jest prad - to juz trudniejsze. A znalezienie takiej z pradem i jeszcze z internetem - to udalo mi sie dopiero po ponad tygodniu.
Jestem w Conakry, dzikiej stolicy pieknego panstwa, ktore sobie dosc slabo radzi - biezaca woda i elektrycznosc to luksus dostepny tylko w stolicy i tylko w niektorych dzielnicach. Ale po kolei.
Po dobie oczekiwania w Kedougou w Senegalu, kiedy juz chcialem pojechac motocyklowym taxi za 60 euro, zebral sie komplet pasazerow i po poludniu ruszamy. Do granicy docieramy w nocy, granica to jeden pan siedzacy przed swoja lepianka, ktory przy swietle jednej latarki sprawdza paszporty. Moj jest ok, ale wiekszosc pasazerow daje lapowki. Potem jedziemy kolejna godzine do posterunku gwinejskiego, tam czeka juz jeden pick-up, wiec czesc pasazerow kladzie sie na ziemi zeby sie zdremnac, ja tez. Budze sie w srodku nocy, samochody dalej stoja, wokol rozgwiezdzone niebo i absolutna cisza. Widocznie celnicy juz spia i trzeba poczekac do rana. Niesamowita jest ta noc na rozgrzanej ziemi. Chinua Akebe - nigeryjski pisarz, ktorego ksiazke o plemieniu Ibo czytam - pisze, ze w taka gwiazdzista noc wszyscy czuja sie bezpiecznie, mozna halasowac, nawet wyjsc z chaty. Ale w bezgdwiezdna, ciemna noc kazdy sie boi nawet odezwac, zeby nie draznic zlych duchow. Wstajemy z pianiem kogutow i idziemy na sniadanie do Gwinei. To pierwsze miejsce na swiecie jakie spotykam, gdzie mozna cos kupic, ale nie mozna kupic coca coli. Jest za to swieza bagietka i nescaf - resztka kawy, duzo cukru i skondensowane mleko. Po sniadaniu wracamy na strone senegalska, bo celnik juz wstal i mozna sie odprawic. Znowu wiekszosc placi lapowki. Dziewcwyna z malym dzieckiem nie ma zadnych dokumentow, na kazdej kontroli po prostu wrecza banknot. Ruszamy w dalsza droge po czyms, co w Polsce nazywaloby sie torem do jazdy off road dla zaawansowanych. Samochod wspina sie na skaly, przejezdza przez rzeki, przedziera sie przez busz. W srodku kierowca, 12 pasazerow doroslych i trojka dzieci, dodatkowo na dachu gora bagazy i jeszcze trzech pasazerow. Umeczeni dojezdzamy po poludniu, czyli pokonanie 120 kilometrw zajelo mi 48 goodzin.
Ale za to Mali-ville jest idealnym miejscem na odpoczynek. Ciche miasteczko w gorach, bez pradu, czyli lodowek, czyli zimnego piwa ale z pieknymi widokami. Jedyna restauracja - Cafe Obama - serwuje jedno danie - cos a la kartoffeln salad z gotowanych ziemniakow, cebuli; pomidorow i majonezu. Swietne. Nocuje w Blekitnej Oberzy, skromnym domu na wgorzu. Jestem jedynym turysta, a wieczorem Murzyn ma wychodne, wiec zostaje calkiem sam.
Jestem w Conakry, dzikiej stolicy pieknego panstwa, ktore sobie dosc slabo radzi - biezaca woda i elektrycznosc to luksus dostepny tylko w stolicy i tylko w niektorych dzielnicach. Ale po kolei.
Po dobie oczekiwania w Kedougou w Senegalu, kiedy juz chcialem pojechac motocyklowym taxi za 60 euro, zebral sie komplet pasazerow i po poludniu ruszamy. Do granicy docieramy w nocy, granica to jeden pan siedzacy przed swoja lepianka, ktory przy swietle jednej latarki sprawdza paszporty. Moj jest ok, ale wiekszosc pasazerow daje lapowki. Potem jedziemy kolejna godzine do posterunku gwinejskiego, tam czeka juz jeden pick-up, wiec czesc pasazerow kladzie sie na ziemi zeby sie zdremnac, ja tez. Budze sie w srodku nocy, samochody dalej stoja, wokol rozgwiezdzone niebo i absolutna cisza. Widocznie celnicy juz spia i trzeba poczekac do rana. Niesamowita jest ta noc na rozgrzanej ziemi. Chinua Akebe - nigeryjski pisarz, ktorego ksiazke o plemieniu Ibo czytam - pisze, ze w taka gwiazdzista noc wszyscy czuja sie bezpiecznie, mozna halasowac, nawet wyjsc z chaty. Ale w bezgdwiezdna, ciemna noc kazdy sie boi nawet odezwac, zeby nie draznic zlych duchow. Wstajemy z pianiem kogutow i idziemy na sniadanie do Gwinei. To pierwsze miejsce na swiecie jakie spotykam, gdzie mozna cos kupic, ale nie mozna kupic coca coli. Jest za to swieza bagietka i nescaf - resztka kawy, duzo cukru i skondensowane mleko. Po sniadaniu wracamy na strone senegalska, bo celnik juz wstal i mozna sie odprawic. Znowu wiekszosc placi lapowki. Dziewcwyna z malym dzieckiem nie ma zadnych dokumentow, na kazdej kontroli po prostu wrecza banknot. Ruszamy w dalsza droge po czyms, co w Polsce nazywaloby sie torem do jazdy off road dla zaawansowanych. Samochod wspina sie na skaly, przejezdza przez rzeki, przedziera sie przez busz. W srodku kierowca, 12 pasazerow doroslych i trojka dzieci, dodatkowo na dachu gora bagazy i jeszcze trzech pasazerow. Umeczeni dojezdzamy po poludniu, czyli pokonanie 120 kilometrw zajelo mi 48 goodzin.
Ale za to Mali-ville jest idealnym miejscem na odpoczynek. Ciche miasteczko w gorach, bez pradu, czyli lodowek, czyli zimnego piwa ale z pieknymi widokami. Jedyna restauracja - Cafe Obama - serwuje jedno danie - cos a la kartoffeln salad z gotowanych ziemniakow, cebuli; pomidorow i majonezu. Swietne. Nocuje w Blekitnej Oberzy, skromnym domu na wgorzu. Jestem jedynym turysta, a wieczorem Murzyn ma wychodne, wiec zostaje calkiem sam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)