Znalezienie internet cafe w Gwinei jest pewnym wyzwaniem. Znalezienie takiej, w ktorej jest prad - to juz trudniejsze. A znalezienie takiej z pradem i jeszcze z internetem - to udalo mi sie dopiero po ponad tygodniu.
Jestem w Conakry, dzikiej stolicy pieknego panstwa, ktore sobie dosc slabo radzi - biezaca woda i elektrycznosc to luksus dostepny tylko w stolicy i tylko w niektorych dzielnicach. Ale po kolei.
Po dobie oczekiwania w Kedougou w Senegalu, kiedy juz chcialem pojechac motocyklowym taxi za 60 euro, zebral sie komplet pasazerow i po poludniu ruszamy. Do granicy docieramy w nocy, granica to jeden pan siedzacy przed swoja lepianka, ktory przy swietle jednej latarki sprawdza paszporty. Moj jest ok, ale wiekszosc pasazerow daje lapowki. Potem jedziemy kolejna godzine do posterunku gwinejskiego, tam czeka juz jeden pick-up, wiec czesc pasazerow kladzie sie na ziemi zeby sie zdremnac, ja tez. Budze sie w srodku nocy, samochody dalej stoja, wokol rozgwiezdzone niebo i absolutna cisza. Widocznie celnicy juz spia i trzeba poczekac do rana. Niesamowita jest ta noc na rozgrzanej ziemi. Chinua Akebe - nigeryjski pisarz, ktorego ksiazke o plemieniu Ibo czytam - pisze, ze w taka gwiazdzista noc wszyscy czuja sie bezpiecznie, mozna halasowac, nawet wyjsc z chaty. Ale w bezgdwiezdna, ciemna noc kazdy sie boi nawet odezwac, zeby nie draznic zlych duchow. Wstajemy z pianiem kogutow i idziemy na sniadanie do Gwinei. To pierwsze miejsce na swiecie jakie spotykam, gdzie mozna cos kupic, ale nie mozna kupic coca coli. Jest za to swieza bagietka i nescaf - resztka kawy, duzo cukru i skondensowane mleko. Po sniadaniu wracamy na strone senegalska, bo celnik juz wstal i mozna sie odprawic. Znowu wiekszosc placi lapowki. Dziewcwyna z malym dzieckiem nie ma zadnych dokumentow, na kazdej kontroli po prostu wrecza banknot. Ruszamy w dalsza droge po czyms, co w Polsce nazywaloby sie torem do jazdy off road dla zaawansowanych. Samochod wspina sie na skaly, przejezdza przez rzeki, przedziera sie przez busz. W srodku kierowca, 12 pasazerow doroslych i trojka dzieci, dodatkowo na dachu gora bagazy i jeszcze trzech pasazerow. Umeczeni dojezdzamy po poludniu, czyli pokonanie 120 kilometrw zajelo mi 48 goodzin.
Ale za to Mali-ville jest idealnym miejscem na odpoczynek. Ciche miasteczko w gorach, bez pradu, czyli lodowek, czyli zimnego piwa ale z pieknymi widokami. Jedyna restauracja - Cafe Obama - serwuje jedno danie - cos a la kartoffeln salad z gotowanych ziemniakow, cebuli; pomidorow i majonezu. Swietne. Nocuje w Blekitnej Oberzy, skromnym domu na wgorzu. Jestem jedynym turysta, a wieczorem Murzyn ma wychodne, wiec zostaje calkiem sam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Senegal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Senegal. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 marca 2009
niedziela, 15 marca 2009
Stuck in Senegal
Z Dakaru pojechalem do Tambacoundy, gdzie przyjal mnie Mandi - miejscowy kandydat na mera z partii Malika. Dojechalem pozno, pojechalismy do niego do domu. Tu juz warunki mocno skromne - dom parterowy, wchodzi sie z podworka od razu do malutkich pokoi, a pokoje nie sa zamykane, wiec jakby prosto z ulicy a dzielnica niezbyt ciekawa. Dostalem najlepszy pokoj i wielkie lozko, ale jak sie pozniej okazalo nie do wlasnej dyspozycji... Wzialem prysznic - czyli dostalem wiadro wody i zostalem skierowany do kibla. Potem pojechalismy na kolacje - byl piatek wieczor, wiec wszyscy pijani. Poznalem innych kandydatow i dostalismy w gazecie bardzo dobre grillowane baranie zeberka. Mandi jest muzykiem, pisze poezje i ja spiewa. Po dwoch piwach stwierdzil, ze chetnie by sie ze mna zabral, tylko nie ma kasy. Jakbym mial dla niego kase, to chyba by sobie darowal wybory na mera... Wracalismy o trzeciej w nocy na piechote przez miasto, ktore spokojnie moze konkurowac z Kiszyniowem w konkursie na najbrzydsze miasto swiata. Mandi juz mocno wciety, czulem sie dosc nieswojo. Po nocy spedzonej co prawda na wielkim lozku, ale z bratem Mandiego stwierdzilem ze jade dalej mimo, ze Mandi zapraszal mnie na swoja konferencje prasowa.
Pojechalem do Kedougou, zeby stad przedostac sie do Gwinei. Spotkany Hiszpan bardzo zachwalal miasteczko Mali Ville juz w Gwinei jako baze do wypadow. Od razu skierowalem sie do Landcruisera, ktory tam jedzie. Byla sobota, kolo drugiej po poludniu, mielismy ruszyc do wieczora. W tej chwili jest niedziela, kolo piatej i jeszcze brakuje dwoch osob do kompletu 12 osob. Jesli do wieczora nie przyjda, to zaplace za ich bilety, zeby nie spedzac tu kolejnej nocy. Chociaz ta nie byla zla, trafilem do hotelu dla francuskich mysliwych. Na obiad wzialem guzca, a obok byla informacja, ze pierwszy ustrzelony guziec kosztuje 60 euro. Stwierdzilem, ze moze zostane zapolowac, poszedlem do patrona, okazalo sie ze dzien polowania to kolejne 200 euro, a ze nie mam zezwolenia, to jest do zalatwienia, ale za kolejne 200. Maybe next time.
Pojechalem do Kedougou, zeby stad przedostac sie do Gwinei. Spotkany Hiszpan bardzo zachwalal miasteczko Mali Ville juz w Gwinei jako baze do wypadow. Od razu skierowalem sie do Landcruisera, ktory tam jedzie. Byla sobota, kolo drugiej po poludniu, mielismy ruszyc do wieczora. W tej chwili jest niedziela, kolo piatej i jeszcze brakuje dwoch osob do kompletu 12 osob. Jesli do wieczora nie przyjda, to zaplace za ich bilety, zeby nie spedzac tu kolejnej nocy. Chociaz ta nie byla zla, trafilem do hotelu dla francuskich mysliwych. Na obiad wzialem guzca, a obok byla informacja, ze pierwszy ustrzelony guziec kosztuje 60 euro. Stwierdzilem, ze moze zostane zapolowac, poszedlem do patrona, okazalo sie ze dzien polowania to kolejne 200 euro, a ze nie mam zezwolenia, to jest do zalatwienia, ale za kolejne 200. Maybe next time.
środa, 11 marca 2009
Senegal - pierwszy tydzien
Dong. Jestem z powrotem w Dakarze. Ostatnio sporo sie dzialo, ale po kolei.
Lotnisko Trypolis - senne, prowincjonalne lotnisko z cmentarzyskiem samolotow na nieuzywanym pasie. W "hali odlotow" dwa stanowiska odprawy i sporo beduinskich delegacji. Na pokladzie caly numer gazetki pokladowej poswiecony koronacji Muhomora na Krola Krolow Afryki przez wybranych krolow; ksiazat i szefow wiosek z roznych krajow Afryki. Taka wspolnota przeciw Stanom; rajd sil USA na Libie z lat 80tych jest przypominany wszedzie. Samolot wypasiony, kazdy fotel ma swoj ekran - na lotach europejskich to rzadkosc. Do obejrzenia najnowsze hity hollywood, ale ocenzurowane - kazdy dekolt a nawet odkryte ramiona sa zamaskowane.
Dakar - przyjezdza po mnie Malik elegancka fura i wiem, ze tu nie zgine:) Jedziemy obejrzec hotel polecany przez Lonely Planet - takiego syfu dawno nie widzialem, prawdziwe "place for crazy prostitutes" jakby to ujal nasz przyjaciel Tom z Kenii. Malik znajduje mi super hotel, tez for prostitutes, ale mniej crazy. Pokazuje mi gdzie i ktoredy po Dakarze i umawiamy sie na nastepny dzien.
W niedziele rano chodze po miescie, od razu mam towarzystwo kilku przyjaciol, ktorzy jak slysza, ze pierwszy raz w senegalu to wietrza latwy lup. Maja bardzo zdziwione miny, kiedy pod palacem prezydenta podjezdza po mnie kolumna czarnych bmw x5... Jedziemy na spotkanie w ramach kampanii wyborczej Malika jakies 100 km od Dakaru do centrum religijnego Tivaoune; Jest wigilia urodzin proroka; do 10-tysiecznego miasta przyjechalo ok 2 milionow Murzynow i jestem tu chyba jedynym bialym. Jestesmy zaproszeni do jednego z wiekszych domow na uroczysty powitalny obiad tiebu dieune - wszyscy siedza na podlodze i siegaja lyzkami do wspolnych mis z ryzem, ryba, miesem i sosami. Potem powrot do Dakaru i wyjscie na piwo, ktore konczy sie kolo trzeciej w kolejnym lokalu, ludzie tu bardzo otwarci i bawiacy sie.
Nastepnego dnia zalatwiam wize do Gwinei i postanawiam pojechac do St Louis, dawnej stolicy. Mowie Malikowi, wyciaga telefon i po minucie mam wikt i opierunek u dyrektora z firmy farmaceutycznej; ktory za zone ma siostre wlasciciela, ktory jest kumplem Malika.
Potem mam probke podrozy in afrikan stajli - do St Louis jest 260 km, docieram po 9 godzinach - najpierw czekam az sie zapelni samochod (siedmioosobowy peugeot 504), potem samochod sie psuje w trasie i czekamy az przysla z Dakaru drugi, a potem sa korki bo caly Senegal jedzie do rzeczonego Tivouane na obchody narodzin proroka. Ale w St Louis odbiera mnie Pqapa i jest dobrze. Przez te dwa dni mieszkam z nimi. Papa ma zone Mame i trzech synow. Z synami idziemy na dlugi spacer do ujscia rzeki Senegal do oceanu. Sredni syn caly czas wola - wujek, koza! wujek, kokos! wujek, krab! Ploszymy kraby z norek, jest fajnie. W podziekowaniu za goscine kupuje chlopakom pilke nozna, w rewanzu dostaje tradycyjny stroj - dluga koszula i szerokie spodnie. Teraz moge niezauwazalnie wtopic sie w tlum... Ogolnie St Louis to dosc fajne, senne miasteczko we sladami kolonialnej swietnosci i 500-metrowym mostem autorstwa inzyniera Eiffela.
Dzis juz z powrotem w Dakarze, luzny dzien na wyspie Goree; skad wysylano black power do stanow. Jutro sie zaczyna chyba najtrudniejsza czesc podrozy - Gwinea; Ruszam jutro rano (piatek) i szacuje dotarcie do Conakry w poniedzialek-wtorek. W Gwinei nie ma asfaltu i wielu innych rzeczy do ktorych jestesmy przyzwyczajeni - Senegal to byl taki lajcik na poczatek:) Ale jest jeszcze czwartek, slysze ze obok zaczal sie fajny koncert a w siatce mam butelke whisky w podziekowaniu dla Malika...
W niedziele rano chodze po miescie, od razu mam towarzystwo kilku przyjaciol, ktorzy jak slysza, ze pierwszy raz w senegalu to wietrza latwy lup. Maja bardzo zdziwione miny, kiedy pod palacem prezydenta podjezdza po mnie kolumna czarnych bmw x5... Jedziemy na spotkanie w ramach kampanii wyborczej Malika jakies 100 km od Dakaru do centrum religijnego Tivaoune; Jest wigilia urodzin proroka; do 10-tysiecznego miasta przyjechalo ok 2 milionow Murzynow i jestem tu chyba jedynym bialym. Jestesmy zaproszeni do jednego z wiekszych domow na uroczysty powitalny obiad tiebu dieune - wszyscy siedza na podlodze i siegaja lyzkami do wspolnych mis z ryzem, ryba, miesem i sosami. Potem powrot do Dakaru i wyjscie na piwo, ktore konczy sie kolo trzeciej w kolejnym lokalu, ludzie tu bardzo otwarci i bawiacy sie.
Nastepnego dnia zalatwiam wize do Gwinei i postanawiam pojechac do St Louis, dawnej stolicy. Mowie Malikowi, wyciaga telefon i po minucie mam wikt i opierunek u dyrektora z firmy farmaceutycznej; ktory za zone ma siostre wlasciciela, ktory jest kumplem Malika.
Potem mam probke podrozy in afrikan stajli - do St Louis jest 260 km, docieram po 9 godzinach - najpierw czekam az sie zapelni samochod (siedmioosobowy peugeot 504), potem samochod sie psuje w trasie i czekamy az przysla z Dakaru drugi, a potem sa korki bo caly Senegal jedzie do rzeczonego Tivouane na obchody narodzin proroka. Ale w St Louis odbiera mnie Pqapa i jest dobrze. Przez te dwa dni mieszkam z nimi. Papa ma zone Mame i trzech synow. Z synami idziemy na dlugi spacer do ujscia rzeki Senegal do oceanu. Sredni syn caly czas wola - wujek, koza! wujek, kokos! wujek, krab! Ploszymy kraby z norek, jest fajnie. W podziekowaniu za goscine kupuje chlopakom pilke nozna, w rewanzu dostaje tradycyjny stroj - dluga koszula i szerokie spodnie. Teraz moge niezauwazalnie wtopic sie w tlum... Ogolnie St Louis to dosc fajne, senne miasteczko we sladami kolonialnej swietnosci i 500-metrowym mostem autorstwa inzyniera Eiffela.
Dzis juz z powrotem w Dakarze, luzny dzien na wyspie Goree; skad wysylano black power do stanow. Jutro sie zaczyna chyba najtrudniejsza czesc podrozy - Gwinea; Ruszam jutro rano (piatek) i szacuje dotarcie do Conakry w poniedzialek-wtorek. W Gwinei nie ma asfaltu i wielu innych rzeczy do ktorych jestesmy przyzwyczajeni - Senegal to byl taki lajcik na poczatek:) Ale jest jeszcze czwartek, slysze ze obok zaczal sie fajny koncert a w siatce mam butelke whisky w podziekowaniu dla Malika...
Subskrybuj:
Posty (Atom)