niedziela, 1 sierpnia 2010

Motorem na dwa dwieście

Z Cluj zagłębiamy się w Transylwanię. Jedziemy do Sighisoary, ślicznego średniowiecznego miasteczka. W ciężkich motocyklowych ciuchach powoli podchodzimy do górującego nad miastem kościoła. Potem zjeżdżamy z głównej trasy, do małych niemieckich wiosek, założonych przez osadników z Saksonii, sprowadzonych niegdyś dla obrony przed hordami.

Zatrzymujemy się w pięknym szesnastowiecznym domu proboszcza, odrestaurowanym przez parę Holendrów. W wielkim ogrodzie hodują własne warzywa i winorośl, z której pędzą całkiem niezłe wino. Poznajemy emerytowanego niemieckiego testera Mercedesów, który opowiada, że najlepiej testuje się w górach Sierra Nevada, bo najszybciej można wjechać z poziomu morza w wysokie góry.

Następnego dnia robimy objazd po precyzyjnie zaplanowanych i germańsko zadbanych wioskach. Wyróżniają się charakterystycznymi warownymi kościołami, które chroniły całą wieś. Niektóre czynne do dziś z mszą po niemiecku, inne popadają w ruinę.

Wieczorem zwiedzamy dwie wioskowe knajpy. Jedna to typowa śmierdząca mordownia tylko dla mężczyzn. Druga jest nastawiona na młodszy target, główną atrakcją jest kanał o wrestlingu na dużej plazmie. Nastoletnie cyganki komplementują urodę M. W barze w dużych plastikowych butlach całkiem niezły koniak.

Przez zielone wzgórza Siedmiogrodu jedziemy w góry. Po drodze zwiedzamy Sibiu, jeden z siedmiu grodów. Zwiedzamy pojedynczo, nie ma gdzie zostawić motoru z bagażami pod opieką. Szybko ruszamy dalej, przed nami legendarna trasa Transalpina.

Do niedawna przejezdna tylko dla terenówek, teraz jest utwardzana. Nie mogliśmy nigdzie się dowiedzieć, czy już jest cała wyasfaltowana. Nie jest. Na początku asfaltowe serpentyny, potem zwykła gruntowa droga przez las. Obciążony motocykl zanurza się w błocie i ślizga się przejeżdżając przez strumyki. Zatrzymujemy się przy bacówce i kupujemy świeżą bryndzę. Wyżej widoki robią się coraz lepsze, w najwyższym punkcie (jakieś 2200 metrów) panorama jest z obu stron. Tuż za szczytem trafiamy na świeże osuwisko. Trzeba się przebić przez spulchnioną ziemię z kamieniami. Zaraz potem wjeżdżamy we mgłę, widoczność na kilka metrów wystarcza, żeby wyhamować przed kolejnym zakrętem o 180 stopni. Ręce mi odmawiają posłuszeństwa, M odmawia zdrowaśki. Dojeżdżamy do schroniska, okazuje się, że jest całe zajęte przez... konferencję jakiejś firmy. Na szczęście niedaleko powstaje kurort narciarski, znajdujemy pensjonat. Transalpina to najtrudniejsza rzecz, jaką zrobiłem na motocyklu.

Rano po umyciu z błota i nasmarowaniu łańcucha ruszamy w stronę drugiej słynnej trasy, Transfogarskiej. Zbudował ją Ceausescu, który chciał móc szybko przerzucić czołgi przez Karpaty. Trasa wchodzi na 2040 metrów, widoki są niesamowite. Winkle do jazdy motorem też konkretne. Ale akurat jest weekend, a w weekend każdy porządny Rumun pakuje rodzinę do Dacii Logan, rusza w góry, rozbija się gdzie popadnie i rozpala grilla. Na trasie tłok, miejsca widokowe zajęte, rozbić się na dziko nie da, bo wszędzie już plonie ognisko. Dlatego zjeżdżamy z gór i wieczorem docieramy do Braszowa.

wtorek, 27 lipca 2010

Jadąc (motorem) do Babadag

Ruszamy w trasę, tym razem motorem do Rumunii. To pierwsza wycieczka motocyklowa, nie wiemy czego się spodziewać. Udało się spakować w kufer centralny, dwie sakwy boczne i tankbag, czyli torbę na bak. A, jeszcze namiot przytroczony do kufra.

Pierwsze dwieście kilometrów idealne, trasa pusta, droga równa jak stół. W mijanym markecie dokupujemy zapas trytytek na wszelki wypadek. Pod Rzeszowem zaczynają się schody. Zaczyna padać, po pewnym czasie leje już porządnie. Zakładamy żółte kombinezony, w których wyglądamy jak zespół ratownictwa chemicznego. Nie obejmują stóp i dłoni, więc zanim znajdziemy miejsce na obiad, mamy przemoczone buty i rękawice. Nie przestaje padać, więc do Dukli dojeżdżamy w deszczu. (Tu wchodzi trzygodzinna przerwa na suszenie rzeczy pożyczoną suszarką). Wieczorem ruszamy w poszukiwaniu Stasiuka. Znajdujemy jedyny czynny bar, którego dwudziestu pijanych klientów przerywa rozmowy, kiedy wchodzimy. Ani śladu Stasiuka.

Nazajutrz rano wycieczka do Krosna do najbliższego sklepu motocyklowego po gumowe pokrowce na buty (kto mógł przypuszczać, że taki produkt w ogóle istnieje). Potem śmigamy przez Słowację i zatrzymujemy się na tankowanie na Węgrzech. Dochodzi nas swąd spalenizny i okazuje się, że tłumik przypalił jedną z sakw wraz z zapasem brudnej bielizny. Po naprawie power tape'm zjeżdżamy z głównej trasy i powoli jedziemy przez winnice Tokaju. Wzgórza winorośli, domki hobbitów czyli piwniczki na wino, małe senne miasteczka. Na noc zostajemy w Tokaju. Wieczorem testujemy różne tokaje, najlepiej wypada 'cuve'.

Rano pada. Droga w stronę Rumunii jest tłoczna. Na granicy okazuje się, że jedna z sakw utrąciła kierunkowskaz. Udaje się naprawić, ale nasza cierpliwość do osprzętu jest na wyczerpaniu. Po drodze do Cluj mijamy malownicze zielone wzgórza ze stadami owiec. W jednym z miast straszą kilkupiętrowe, zdobione wieżyczkami i blaszanymi kwiatkami, niedokończone cygańskie pałace. W Cluj zaczepiamy dziewczynę, która woła swojego chłopaka motocyklistę i prowadzą nas do zaprzyjaźnionego hotelu. Wieczór to pierwszy test rumuńskiej kuchni, dowiadujemy się czemu nie jest ona tak popularna w świecie jak inne.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Wesele

Do Cancun przyjeżdżamy na wesele. Moja siostra z Kanady wychodzi za Walijczyka, goście zjechali z Kanady, Wielkiej Brytanii, Australii, Nowej Zelandii, no i Polski. Przygotowujemy się w centrum handlowym - hawajska koszula, próbki w perfumerii, próbki u fryzjera. Impreza odbywa się w wielkim pięciogwiazdkowym hotelu all inclusive. Wstęp po wykupieniu trzydniowego pobytu, co absolutnie nas nie zraża. Większość hoteli w Cancun to wielkie molochy stojące przy sześciopasmowej autostradzie z jednej strony i dziesięciometrowej plaży z drugiej. Ceremonia odbywa się na dziedzińcu, stanowi dodatkową atrakcję dla wczasowiczów. Uczestnicy to w większości znajomi, bardzo kontaktowi i otwarci. Po ceremonii drinki w barze, obiad w steakhousie i tańce w hotelowej dyskotece. Nazajutrz jeden z gości musi się zbierać - czeka go 38 godzin lotu do Australii i prosto z lotniska idzie do pracy. Inna dziewczyna nigdzie się nie spieszy - akurat postanowiła zacząć nowe życie w niedalekiej Playa Del Carmen. Nazajutrz pada, więc nie ma po co wychodzić, ruszamy się tylko na podsumowującą kolację do najlepszej knajpy w Cancun. Świetne chowdery z ryb i małży oraz specjalność zakładu - homar w sosie curry na białym winie ze świeżym ananasem i grillowanymi bananami. Słodka przyjemność w słonej cenie.
Kolejny dzień to plaża - znowu wbijamy się bez opaski do krainy all inclusive. Pożegnanie z weselnikami i lecimy do Mexico City.

W stolicy trochę szwendania i w kilka chwil później lądujemy w Warszawie w połowie lutego idealnie omijając zimę stulecia.

Podsumowując - Ameryka Środkowa jest fantastyczna. Najlepiej zapamiętamy dżunglową La Moskitię i prywatną wyspę - obie rzeczy w Hondurasie.

środa, 10 lutego 2010

Underwater love

Z Flores jedziemy do Belize. Belize City robi wrażenie miasta wyluzowanych murzynów. Wsiadamy na łódź plynącą na Caye Caulker. Wyspa jest kameralna i spokojna, jedyne pojazdy to elektryczne wózki golfowe. Klimaty karaibskie, dużo rastamanów. Na budynku policji wymalowany duży napis "drogi turysto, niezależnie od tego co możesz usłyszeć od miejscowych, używanie narkotyków w naszym kraju jest zakazane". Idziemy na ogromnego, dwuosobowego homara. Jest pyszny, walka z nim zajmuje nam z półtorej godziny. Spotykamy dwóch rodaków, wiec polskim zwyczajem kupujemy piwo w nocnym i idziemy na pomost.

Rano płyniemy jachtem do parku narodowego na rafie koło San Pedro, o którym ostatniej nocy śniła Madonna. Pierwszy przystanek na snorkelowanie to zwykła rafa, ale już następny zaskakuje. Najpierw obserwujemy pasącego się żółwia, potem przewodnik wywabia z jamy i karmi wężowatą zieloną murenę. Potem oglądamy różne gatunki kolorowych ryb papug i ryb motyli, zasługujących na swoje nazwy. Nagle pojawia się rekin, podpływa do mureny. Ta walczy o swoje terytorium i gryzie intruza.

W kolejnym miejscu przewodnik rzuca garść sardynek i natychmiast pojawia się stado rekinów. Są to nurse shark, niegroźne dla człowieka. Wskakujemy do wody, łapię je za ogony. Nadpływają dostojne płaszczki, przewodnik łapie jedną bez groźnego kolca, od którego zginął Crocodile Hunter. Można ją pogłaskać. Podpływam do innej łódki, na dnie zostawili przynętę na rekiny. Wyjątkowo duża, ponad dwumetrowa sztuka próbuje wydobyć przysmak. Rekin jest tak zajęty, że można podpłynąć i go przytulić. Jest delikatny, przez skórę można wyczuć kości, trochę podobny w dotyku do pytona.

Rejs powrotny jest wesoły, załoga poi wszystkich ponczem. Wieczorem idziemy sprawdzić nocne życie wyspy, jest jakieś karaoke, jest imprezownia regggae, ale nie dzieje się tam za wiele. Podglądamy utalentowane czarne tancerki.

Rano zbieramy się i jedziemy do Meksyku. Główny news z gazety w Belize - trzech napastników związało kierowcę i uprowadziło do Gwatemali spychacz. Do Tulum docieramy późno w nocy.

W Tulum pożyczamy rowery i jedziemy 20 kilometrów do cenotów Dos Ojos. Cenoty to podziemne jaskinie wypełnione słodką wodą, uznawane przez Majów za wrota do podziemnego świata zmarłych. Dziś służą głównie do nurkowania i snorkelingu. Zakładamy maski i wpływamy do jaskiń. Pierwsze oczko jest duże, przy ścianach stalagmity i stalaktyty. Nieliczne promienie słońca, które tu dochodzą, są wyraźnie widoczne w wodzie. Małe rybki podgryzają nogi. W najdalszym zakamarku widać światło przebijające się pod wodą. Żeby się tam dostać trzeba zanurkować pod skałą. Nurkuję i wynurzam się jak widzę powierzchnię, nagle walę głową w skałę. Komnata ma metr na metr szerokości i tylko 10 centymetrów wysokości. Wystarczy, żeby zaczerpnąć powietrza, sytuacja trochę jak w filmie, kiedy poziom wody dochodzi prawie do sufitu. Ostrożnie nurkuję dalej, po kolejnych kilku wynurzeniach dopływam do drugiego oczka. Próbuję wrócić, ale w drugą stronę nic nie widać. Muszę wyjść na brzeg i obejść dokoła do pierwszej cenoty, gdzie czeka zaniepokojona M. Próbujemy pożyczyć latarki, ale ze względu na bezpieczeństwo klientów nie wypożyczają.

Wracamy do Tulum i zwiedzamy niewielkie, ale ładnie położone nad samym morzem ruiny. W sklepie pani krzyczy na męża po polsku, traci głos, kiedy mówię "dobry wieczór". Na koniec dnia plaża, po której przechadzają się golasy.

Z Tulum jedziemy obejrzeć obiekt z listy nowych cudów świata, czyli miasto Majów Chichen-Itza. Rzeczywiście jest duże i najlepiej zachowane - najwięcej szczegółów zdobień. Ale przez to, że jest główną atrakcją Jukatanu, są tu tłumy ludzi i budowle można oglądać tylko z zewnątrz. Dodatkowo przez cały czas zagadują handlarze ze swoim towarem za one dolla albo almost free.

Wieczorem dojeżdżamy do Cancun, gdzie następnego dnia mamy iść na wesele mojej siostry.

wtorek, 9 lutego 2010

Coco loco

Płyniemy porannym promem do La Ceiby i spędzamy cały dzień przebijając się do Gwatemali. Jeden z busów, którym jedziemy zostaje zatrzymany przez policję, a wszyscy mężczyźni dokładnie przeszukani. Nikt nie protestuje, ludzie są przyzwyczajeni. Przed granicą gwatemalską lapiemy dziwnie tanią taksówkę, trzy dolary za godzinę jazdy. Granicę pokonujemy w taksówce, tylko pomocnik kierowcy biega z naszymi paszportami do stemplowania. Docieramy do Puerto Barrios akurat na ostatnią łódź do Livingston. Płyniemy wzdłuż wybrzeża, na brzegu bogate domy i resorty. Livingston to miasteczko odcięte od świata, prawie nie ma tu samochodów, bo nie ma dróg łączących z resztą kraju. Mieszkają tu ludzie Garifuna, potomkowie zbuntowanych niewolników. Idziemy na coco loco, czyli swieży kokos z wlanym guifiti - nalewką z ziół dżungli. Potem próbujemy miejscowej specjalności - tamado, czyli bogatej zupy na mleku kokosowym z całym krabem, całą rybą, krewetkami, małżami i kolendrą.

Rano wsiadamy na łódź płynącą w górę rzeki Rio Dulce. Brzegi rzeki to dżungla, czasem wysokie skały. Po drodze przystanek w gorących źródłach o zapachu siarkowodoru. Dalej piękna zatoczka porośnięta lilią wodną. Dzieciaki w malutkich czółnach podpływają i próbują sprzedać muszelki, skorupę żółwia, żywego żółwia, skórę małpy. Ludzie tu całe życie spędzają na czółnach, na brzegu rzeki są domy, sklepy, kościół, a dróg nie ma. Dopływamy do miasteczka Rio Dulce. To przechowalnia dla karaibskich jachtów, na rzece nie dosięgną ich huragany. W knajpach ogloszenia: tanio przeprowadzę jacht przez Atlantyk.

Wsiadamy do autobusu do Flores, miejsca stojące, a to cztery godziny jazdy. Flores to miasto na wyspie na jeziorze. Dojeżdżamy po południu i idziemy na rybę, która występuje tylko w miejscowym jeziorze. Nazywa się blanca i jest całkiem niezła.

Przed świtem jedziemy zwiedzać Tikal, chcemy być tam rano, kiedy są zwierzęta a nie ma ludzi. Śniadanie a la Malysz czyli bułka z bananem przypomina mi inne śniadanie z tej podróży. Kanapki z serem, pomidorem i kolendrą. Ale kolendrę sprzedają w wielkich pęczkach, a nic nie może się zmarnować, wiec byla to de facto mala bułka z dużym pęczkiem kolendry. Niezapomniany smak.

W Tikal rzeczywiście pustki, idziemy do dżungli, przed nami trzech wyposażonych po zęby chłopaków. Nagle jeden coś krzyczy, reszta tez krzyczy, podskakuje ze strachu i cofa się o krok. Podchodzimy, a tam drogę przecina szlak mrowek. Fakt, czerwonych. Chłopaki okazują się norweskimi drwalami, są trochę zagubieni. Na rozstajach idą w dziwnym kierunku, więcej ich nie spotkamy. Idziemy sami przez dzunglę, jest ranek, dużo różnych odglosow, małpy głośno gadają, Kolorowe papugi się ganiają. Dochodzimy do pierwszych piramid, można się poczuć jak odkrywca. Wchodzimy na najwyższą, dzungla rozciąga się po horyzont. Tikal to rozległe miasto Majów ukryte w dżungli, na nas zrobiło największe wrażenie z dotychczasowych. Obejście całości zajęło nam ponad pięć godzin. Pod koniec zaglądamy do jeziora krokodyli. Pytamy w informacji czy są krokodyle, mówią ze jest jeden, za to wielki. Podchodzimy i widzimy kałużę z tabliczką "ostrożnie - krokodyle!". Wracamy do Flores a rano ruszamy do Belize.

piątek, 5 lutego 2010

Private island

Rano wsiadamy na prom i płyniemy na Utilę. Morze jest wzburzone, wszyscy są zieloni od choroby morskiej. Na Utili od razu dogadujemy wynajem prywatnej wyspy i kolejną łodzią płyniemy do wysepki, z której ma nas ktoś zabrać. Robimy zakupy na kilka dni, bo tam nie będzie możliwości pójścia do sklepu. W sklepach włączone telewizory, trwa zaprzysiężenie nowego prezydenta. Wszyscy się cieszą i mówią, że to koniec problemów w Hondurasie.

Przypływa właściciel, płyniemy między wysepkami do ostatniej - naszej. Podpływamy bliżej i szczęki nam opadają. Wysepka Little Caye ma jakieś 20 na 50 metrów. Jest na niej jeden dom. Dom jest wielki, na dole połączone kuchnia z jadalnią i salonem, na górze sypialnie. Dałoby się mieszkać w 10 osób, a kosztuje to tylko 115 dolarów za noc. Wysepka zarośnięta jest drzewami i otoczona rafą. Najbliższa inna wyspa jest w zasięgu wzroku, ale nie widać na niej ludzi. Jesteśmy sami na świecie. Tylko raz dziennie łączymy się radiowo.
- "Cayes, Cayes, this is Little Caye"
- "Little Caye, this is Cayes, do you need anything?"
- "No, thanks, we're perfect. Have a good day. Over and out"

Kolejne dni to beztroskie nic nie robienie z przerwami na posiłki i sen. Opływamy wyspę obserwując życie na rafie. Zrywamy świeże kokosy. Wieczorami przychodzą do domu stada krabów i żebrzą o jedzenie. Robimy jedną wycieczkę - przepływamy wpław kilkaset metrów na najbliższą wysepkę i dalej na kolejne. Przeważnie to prywatne wyspy z domami, jedna jest niezabudowana i przyplywaja tu turyści na snorkeling. Na innej, z zamkniętym i nie używanym od pewnego czasu domem przychodzi do nas piękny, zadbany, rudy kocur. Nie wiem, z czego on się tam utrzymuje.

W końcu trzeba jednak skończyć sielankę i wrócić na szlak. Wracamy na Utilę, po drodze słuchając opowieści krzepkiego dziadka, który twierdzi, ze mieszkał i pracował w sześćdziesięciu krajach, czasem w kilku naraz. Wyspy w Hondurasie są domem dla wielu emerytowanych "doradców wojskowych" i innych agentów, którzy swego czasu robili sporo zamieszania w tej części swiata.

Miasteczko Utila to jedna ulica wzdłuż wybrzeża. Każdy mieszkaniec ma quada lub chiński motorek, którym lubi jeździć główną ulicą z dużą prędkością. Quady służą jako pojazdy rodzinne, dzieciaki zajmują każdy błotnik. Sprawdzamy jak smakuje drapieżna barakuda i miejscowy homar. Sobotnia noc to dyskoteki, główna klientela to nurkowie - instruktorzy i kursanci. Czas pożegnać wyspy i wziąć kurs na Gwatemalę.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Jungle boogie

Wstajemy rano i idziemy zrobić zakupy na 3 dni. Dużego wyboru nie ma, właściwie tylko zupki w proszku i sardynki. Ruszamy pirogami w gore rzeki. Tu już nie ma ludzi, tylko drzewa i liany probujace zaanektowac rzekę. Po dwóch godzinach wysiadamy, dalej pojdziemy na piechote. Jest gorąco, powietrze jest bardzo wilgotne. Od razu jesteśmy zlani potem. Szlak idzie w gore strumienia, co chwila trzeba się przez niego przeprawiac. Robi się coraz bardziej stromo. W końcu docieramy do bazy - chatki w srodku dżungli, gdzie spędzimy dwie noce. Idziemy się wykąpać do gorskiego strumienia, niedaleko w czubkach drzew baraszkuje stado malp. Robimy zupke z proszku, Meg znajduje skorpiona. Zmrok zapada szybko i trzeba iść spać - nic nie widać. Chcemy się położyć, kiedy wpada Carlos i mówi, ze najpierw trzeba wybić wszystkie skorpiony, ktore mieszkają w liscianym dachu chatki. Ruszamy z maczetami, giną 4 sztuki. Carlos odkraja im ogony z jadem, pewnie zrobi sobie z nich naszyjnik.

Wstajemy ze słońcem. Po pozywnej zupie z proszku ruszamy na szlak, dziś atakujemy szczyt Pico Dama. Droga prowadzi ostro pod gore po blotnistej nawierzchni. Przewodnik pokazuje sposoby na przeżycie w dzungli. W razie braku wody jest pewien gatunek drzew, z którego po przecieciu leci woda o stechlym aromacie. Z kolei miazsz pewnej palmy nadaje się do jedzenia na surowo. Dochodzimy na szczyt, z góry widać dzungle po horyzont i morze na horyzoncie. Wracamy do obozu i padamy bez sił. Rozrabiam wino w proszku i wznosimy toast.

Wieczorem Carlos opowiada o swoich planach. Ma czterdzieści lat, nie ma rodziny i nie udało mu się jeszcze zebrac "kwoty uwolnienia" czyli miliona dolarów. Praca i zycie w Nowym Jorku sa stresujace, wiec pomyslal o zmianie. W trakcie tej podróży szukał działek i nieruchomosci w Ameryce Srodkowej, żeby otworzyć hostel. Wyliczył, ze potrzebuje okolo 100 tysiecy dolarów. Niewiele jak na nowe życie.

Następnego dnia schodzimy do wody i płyniemy dalej w gore rzeki zobaczyć tajemnicze napisy wyryte w skałach. Rzeka robi się bardziej wartka i płytka, kilka razy musimy wysiadać i przedzierać się przez dzunglę. Małe muszki gryza niemilosiernie. W pewnym momencie Carlos wspina się na palme i scina kokosy dla wszystkich. Opowiada o swoim dzieciństwie, kiedy ojciec zabierał go na polowania w Gwatemaili, Hondurasie i okolicach. Postanawiamy sprobowac dziczyzny i kupujemy jakiś rodzaj zwierzęcia w gospodarstwie po drodze. Dorzucaja nam dzikie pomarancze, które wykrecaja Meg żołądek. Docieramy do "petroglifów", rzeczywiście wyglądają na bardzo stare i trudno je do czegos odnieść. Nikt nie wie co znaczą, ani kto je stworzył. Wskakujemy do przyjemnie chlodnej rzeki i od razu nas znosi o kilkanaście metrów, prąd jest bardzo silny. Wracamy pirogami w dół rzeki, już bez przygód.

Wieczorem leżymy w hamakach i rozpijamy kupiona po drodze czicze, czyli sfermentowany napój z kukurydzy. Mowię Carlosowi, ze my teraz jedziemy na wyspy i zaczynamy "honeymoon part". Omal nie spada z hamaka ze śmiechu. Mówi, ze będzie miał nową anegdotę do opowiadania o polskiej parze, która pojechała na miesiąc miodowy do dżungli. A ze mieli wczesniej mały spór czy ma być telewizor w domu czy nie, to po takim honeymoon on będzie musiał kupić co najmniej sporą plazmę. Tak to przyczyniliśmy się do powstania nowego polish joke.

Następnego dnia wracamy łodzią na wybrzeże, po drodze dokumentujac wycinkę dżungli. Carlos ma przekazać zdjęcia znajomym aktywistom, którzy zajmują się takimi sprawami. W pewnym momencie widzimy wslizgujacego się do wody czarnego węża dziesieciocentymetrowej grubości. Miejscowi nie wiedza jak sie nazywa, w każdym razie nie jest to najbardziej jadowity waz w okolicy czyli Barba Maria. W Belem na wybrzeżu zegnamy się z Carlosem, który jedzie dalej w kierunku Nikaragui. My umawiamy się na trzecią w nocy na przyjazd wodnej taksówki. To jedyna mozliwosc, bo trzeba zdążyć na pickup o piątej rano.

Wstajemy i w kompletnych ciemnosciach idziemy przez wieś na przystań. Żywego ducha, tylko psy podbiegaja, odpędzamy je kijem. Czekamy w ciszy na pomoście, nic nie widać, sytuacja trochę absurdalna. Ale po pół godzinie rzeczywiscie pojawia się łódź i nas zabiera. Kierowca bez żadnych świateł płynie przez lagunę, tylko włącza latarke jak ma zabrać kolejnych pasażerów. Doplywamy do kolejnego przystanku i wsiadamy do pickupa. Meg w kabinie, ja na pace. Na początku to jest świetna zabawa, ale jak zaczyna lać deszcz robi się mniej przyjemnie. Pędzimy plaża, kiedy ma brzegu zaczynaja się pojawiać duże beczki. Zatrzymujemy się i jakieś sto metrow od brzegu widzimy tonacy stateczek. Miejscowi mówią, ze to statek przemytników narkotyków. Godzinę obserwujemy agonie statku i próby wydostania towaru przez inną łódź, która tam podplynela. W końcu ruszamy dalej w deszczu po dziurach. Meg w kabinie nie ma lepiej - dziecko na kolanach pani obok rzyga sobie na ręce. Zmęczeni docieramy do Tocoa, skąd jeszcze cztery godziny autobusem do La Ceiba.

Po przyjeździe do hotelu siedzimy w ciastkarni na dole obserwując starych murzynow przy kawie i ludzi na ulicy nie przejmujacych się tropikalnym oberwaniem chmury. Projekt dzungla mamy za sobą.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...