Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Honduras. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Honduras. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2013

Top 10 - Najciekawsze miejsca na świecie

Branżowy miesięcznik poprosił mnie o wypowiedź na temat: "Często wracam do…". Pierwsza odpowiedź to "nigdy nie wracam do...", ponieważ tyle jest miejsc do zobaczenia na świecie, że nie ma co tracić czasu na powtórki. Ale odkąd podróżuję z synem, wracamy do tych samych miejsc nad morzem, na Mazurach czy na południu, bo tam są znajomi z dziećmi. Jak Antek podrośnie, jest kilka miejsc, do których chciałbym wrócić, aby mu je pokazać. Tak powstała subiektywna lista top 10 najciekawszych miejsc na świecie (spośród tych, które odwiedziłem). Bardzo polecam te destynacje i służę informacją, jak ktoś się tam będzie wybierał.

1. Sahara od południa: Mali i Niger – Tuaregowie, Dogoni i dinozaury
2. Honduras – dżungla i prywatna wyspa
3. Etiopia – pustynia Danakil i plemiona z doliny Omo
4. Zanzibar – ocean, plaża i homary
5. Gruzja – niesamowicie gościnni ludzie, wysoki Kaukaz, zabytki
6. Syria – Damaszek i Aleppo
7. Ghana, Togo, Benin – ludzie, voodoo, ocean
8. Pakistan – góry, pustynia, Beludżystan
9. Gwatemala - dżungla, miasta Majów i wulkany
10. Iran – Isfahan, ludzie

piątek, 5 lutego 2010

Private island

Rano wsiadamy na prom i płyniemy na Utilę. Morze jest wzburzone, wszyscy są zieloni od choroby morskiej. Na Utili od razu dogadujemy wynajem prywatnej wyspy i kolejną łodzią płyniemy do wysepki, z której ma nas ktoś zabrać. Robimy zakupy na kilka dni, bo tam nie będzie możliwości pójścia do sklepu. W sklepach włączone telewizory, trwa zaprzysiężenie nowego prezydenta. Wszyscy się cieszą i mówią, że to koniec problemów w Hondurasie.

Przypływa właściciel, płyniemy między wysepkami do ostatniej - naszej. Podpływamy bliżej i szczęki nam opadają. Wysepka Little Caye ma jakieś 20 na 50 metrów. Jest na niej jeden dom. Dom jest wielki, na dole połączone kuchnia z jadalnią i salonem, na górze sypialnie. Dałoby się mieszkać w 10 osób, a kosztuje to tylko 115 dolarów za noc. Wysepka zarośnięta jest drzewami i otoczona rafą. Najbliższa inna wyspa jest w zasięgu wzroku, ale nie widać na niej ludzi. Jesteśmy sami na świecie. Tylko raz dziennie łączymy się radiowo.
- "Cayes, Cayes, this is Little Caye"
- "Little Caye, this is Cayes, do you need anything?"
- "No, thanks, we're perfect. Have a good day. Over and out"

Kolejne dni to beztroskie nic nie robienie z przerwami na posiłki i sen. Opływamy wyspę obserwując życie na rafie. Zrywamy świeże kokosy. Wieczorami przychodzą do domu stada krabów i żebrzą o jedzenie. Robimy jedną wycieczkę - przepływamy wpław kilkaset metrów na najbliższą wysepkę i dalej na kolejne. Przeważnie to prywatne wyspy z domami, jedna jest niezabudowana i przyplywaja tu turyści na snorkeling. Na innej, z zamkniętym i nie używanym od pewnego czasu domem przychodzi do nas piękny, zadbany, rudy kocur. Nie wiem, z czego on się tam utrzymuje.

W końcu trzeba jednak skończyć sielankę i wrócić na szlak. Wracamy na Utilę, po drodze słuchając opowieści krzepkiego dziadka, który twierdzi, ze mieszkał i pracował w sześćdziesięciu krajach, czasem w kilku naraz. Wyspy w Hondurasie są domem dla wielu emerytowanych "doradców wojskowych" i innych agentów, którzy swego czasu robili sporo zamieszania w tej części swiata.

Miasteczko Utila to jedna ulica wzdłuż wybrzeża. Każdy mieszkaniec ma quada lub chiński motorek, którym lubi jeździć główną ulicą z dużą prędkością. Quady służą jako pojazdy rodzinne, dzieciaki zajmują każdy błotnik. Sprawdzamy jak smakuje drapieżna barakuda i miejscowy homar. Sobotnia noc to dyskoteki, główna klientela to nurkowie - instruktorzy i kursanci. Czas pożegnać wyspy i wziąć kurs na Gwatemalę.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Jungle boogie

Wstajemy rano i idziemy zrobić zakupy na 3 dni. Dużego wyboru nie ma, właściwie tylko zupki w proszku i sardynki. Ruszamy pirogami w gore rzeki. Tu już nie ma ludzi, tylko drzewa i liany probujace zaanektowac rzekę. Po dwóch godzinach wysiadamy, dalej pojdziemy na piechote. Jest gorąco, powietrze jest bardzo wilgotne. Od razu jesteśmy zlani potem. Szlak idzie w gore strumienia, co chwila trzeba się przez niego przeprawiac. Robi się coraz bardziej stromo. W końcu docieramy do bazy - chatki w srodku dżungli, gdzie spędzimy dwie noce. Idziemy się wykąpać do gorskiego strumienia, niedaleko w czubkach drzew baraszkuje stado malp. Robimy zupke z proszku, Meg znajduje skorpiona. Zmrok zapada szybko i trzeba iść spać - nic nie widać. Chcemy się położyć, kiedy wpada Carlos i mówi, ze najpierw trzeba wybić wszystkie skorpiony, ktore mieszkają w liscianym dachu chatki. Ruszamy z maczetami, giną 4 sztuki. Carlos odkraja im ogony z jadem, pewnie zrobi sobie z nich naszyjnik.

Wstajemy ze słońcem. Po pozywnej zupie z proszku ruszamy na szlak, dziś atakujemy szczyt Pico Dama. Droga prowadzi ostro pod gore po blotnistej nawierzchni. Przewodnik pokazuje sposoby na przeżycie w dzungli. W razie braku wody jest pewien gatunek drzew, z którego po przecieciu leci woda o stechlym aromacie. Z kolei miazsz pewnej palmy nadaje się do jedzenia na surowo. Dochodzimy na szczyt, z góry widać dzungle po horyzont i morze na horyzoncie. Wracamy do obozu i padamy bez sił. Rozrabiam wino w proszku i wznosimy toast.

Wieczorem Carlos opowiada o swoich planach. Ma czterdzieści lat, nie ma rodziny i nie udało mu się jeszcze zebrac "kwoty uwolnienia" czyli miliona dolarów. Praca i zycie w Nowym Jorku sa stresujace, wiec pomyslal o zmianie. W trakcie tej podróży szukał działek i nieruchomosci w Ameryce Srodkowej, żeby otworzyć hostel. Wyliczył, ze potrzebuje okolo 100 tysiecy dolarów. Niewiele jak na nowe życie.

Następnego dnia schodzimy do wody i płyniemy dalej w gore rzeki zobaczyć tajemnicze napisy wyryte w skałach. Rzeka robi się bardziej wartka i płytka, kilka razy musimy wysiadać i przedzierać się przez dzunglę. Małe muszki gryza niemilosiernie. W pewnym momencie Carlos wspina się na palme i scina kokosy dla wszystkich. Opowiada o swoim dzieciństwie, kiedy ojciec zabierał go na polowania w Gwatemaili, Hondurasie i okolicach. Postanawiamy sprobowac dziczyzny i kupujemy jakiś rodzaj zwierzęcia w gospodarstwie po drodze. Dorzucaja nam dzikie pomarancze, które wykrecaja Meg żołądek. Docieramy do "petroglifów", rzeczywiście wyglądają na bardzo stare i trudno je do czegos odnieść. Nikt nie wie co znaczą, ani kto je stworzył. Wskakujemy do przyjemnie chlodnej rzeki i od razu nas znosi o kilkanaście metrów, prąd jest bardzo silny. Wracamy pirogami w dół rzeki, już bez przygód.

Wieczorem leżymy w hamakach i rozpijamy kupiona po drodze czicze, czyli sfermentowany napój z kukurydzy. Mowię Carlosowi, ze my teraz jedziemy na wyspy i zaczynamy "honeymoon part". Omal nie spada z hamaka ze śmiechu. Mówi, ze będzie miał nową anegdotę do opowiadania o polskiej parze, która pojechała na miesiąc miodowy do dżungli. A ze mieli wczesniej mały spór czy ma być telewizor w domu czy nie, to po takim honeymoon on będzie musiał kupić co najmniej sporą plazmę. Tak to przyczyniliśmy się do powstania nowego polish joke.

Następnego dnia wracamy łodzią na wybrzeże, po drodze dokumentujac wycinkę dżungli. Carlos ma przekazać zdjęcia znajomym aktywistom, którzy zajmują się takimi sprawami. W pewnym momencie widzimy wslizgujacego się do wody czarnego węża dziesieciocentymetrowej grubości. Miejscowi nie wiedza jak sie nazywa, w każdym razie nie jest to najbardziej jadowity waz w okolicy czyli Barba Maria. W Belem na wybrzeżu zegnamy się z Carlosem, który jedzie dalej w kierunku Nikaragui. My umawiamy się na trzecią w nocy na przyjazd wodnej taksówki. To jedyna mozliwosc, bo trzeba zdążyć na pickup o piątej rano.

Wstajemy i w kompletnych ciemnosciach idziemy przez wieś na przystań. Żywego ducha, tylko psy podbiegaja, odpędzamy je kijem. Czekamy w ciszy na pomoście, nic nie widać, sytuacja trochę absurdalna. Ale po pół godzinie rzeczywiscie pojawia się łódź i nas zabiera. Kierowca bez żadnych świateł płynie przez lagunę, tylko włącza latarke jak ma zabrać kolejnych pasażerów. Doplywamy do kolejnego przystanku i wsiadamy do pickupa. Meg w kabinie, ja na pace. Na początku to jest świetna zabawa, ale jak zaczyna lać deszcz robi się mniej przyjemnie. Pędzimy plaża, kiedy ma brzegu zaczynaja się pojawiać duże beczki. Zatrzymujemy się i jakieś sto metrow od brzegu widzimy tonacy stateczek. Miejscowi mówią, ze to statek przemytników narkotyków. Godzinę obserwujemy agonie statku i próby wydostania towaru przez inną łódź, która tam podplynela. W końcu ruszamy dalej w deszczu po dziurach. Meg w kabinie nie ma lepiej - dziecko na kolanach pani obok rzyga sobie na ręce. Zmęczeni docieramy do Tocoa, skąd jeszcze cztery godziny autobusem do La Ceiba.

Po przyjeździe do hotelu siedzimy w ciastkarni na dole obserwując starych murzynow przy kawie i ludzi na ulicy nie przejmujacych się tropikalnym oberwaniem chmury. Projekt dzungla mamy za sobą.

sobota, 30 stycznia 2010

Welcome to the jungle

O świcie wsiadamy do autobusu i przejezdzamy pól kraju. W portowym mieście La Ceiba szukamy kolejnych informacji o dżungli. Przypadkiem poznajemy Carlosa, nowojorczyka o miejscowych korzeniach, który tez się wybiera w tym kierunku. Ponieważ trudno tam się dostać ladem, Carlos znalazł kapitana, który ma go zabrać statkiem plynacym wzdłuż wybrzeża. Kosztuje to koło 50 dolarów, co brzmi rozsądnie. Jedziemy do portu obejrzeć statek. Ochrona nie chce nas wszystkich wpuścic na teren portu, musimy zostawić Meg jako zakladnika. Statek to spory kontenerowiec, własnie laduja kolejna partie starych krzesel szkolnych. Na pokładzie kontenery, beczki z olejem, złom. Idziemy do kapitana, ale ten się ploszy i nie chce nas zabrać. Daje numer do kolegi, sprawdzamy, ale kolega nie może obiecać, ze niedługo wyplynie. Ogólnie jest to do zrobienia, ale trwa półtorej doby, niezależnie od pogody siedzi się na kontenerze pod chmurką, kible są obskurne, no i nie jest to legalne.

Carlos postanawia jechać z nami droga ladowa, wiec idziemy to uczcić do Jaguara, w którym cały bar zajmują wielkie sloje z nalewkami produkcji właściciela. Guifiti to wywar z ziół dzungli, a "diabelskie nasienie" na bazie chilli trzeba popic dwoma piwami. Przysiada się do nas młody chłopak z Minesoty, który chciał terminowac u szamana, wiec załatwił sobie prace w Peru. Ale gdy tam leciał, przy przesiadce w Mexico City nie wpuscili go do samolotu. Nie miał wiecej pieniędzy, wiec teraz podrozuje stopem do Peru, bo praca nadal na niego czeka. Zarabia na jedzenie graniem na gitarze.

W środku nocy ruszamy w drogę. Autobus, który miał być o trzeciej przyjeżdża o piątej, ale i tak udaje nam się złapać kolejny środek transportu, czyli pick-up. Do kabiny wchodzi 5-8 osób, na pace kolejne dziesięć. Asfalt kończy się szybko, potem dziurawa pylista droga, przekraczanie rzek brodem lub promem w postaci kilku desek przywiazanych do beczek. W czasie jednej z przeprawy lina się zrywa i zaczyna nas znosić do morza. Potem kończy się droga o trzeba jechać plaża, uciekajac przed falami. Na świecie turyści płaca gruba kasę za takie atrakcje, a tu to codzienność. Dojezdzamy do Batalla akurat, żeby złapać ostatnia lanche - taksówkę wodna w postaci kanu - dlubanki z silnikiem. Dalej nie ma już dróg. Kierowca Neto wiezie nas skrótem, który okazuje się za płytki, wiec wskakujeny do wody i zawracamy lodz. Po chwili widzimy na brzegu krokodyla... Zaraz potem kończy się paliwo, Neto musi wyzebrac trochę u człowieka na brzegu. Następnie odwiedzamy jakichś znajomych i docieramy na miejsce po czterech (zamiast dwóch) godzinach. Jesteśmy w Belem, stad ruszymy w gore Rio Platano, do dżungli. Ale na razie w kompletnych ciemnosciach szukamy noclegu. Znajdujemy domki na plaży, widać, ze dawno tu nikogo nie było. Próbujemy znaleźć transport na rano, dalej już nie ma stałych kursów, trzeba wynająć lodz z załoga, która poczeka na miejscu i przywiezie nas z powrotem. Inni chca 250 dolarów, wiec znów musimy zaufać Neto, który jest najtańszy.

Umawiamy sie na szóstą, oczywiście jego nie ma, wiec bierzemy inna załogę i ruszamy. Wtedy zjawia się Neto, mowiac ze mu silnik nawalil. Na szczęście nie na naszym rejsie. Po pięciu minutach jazdy po falach jesteśmy cali mokrzy. Wplywamy w mała odnoge rzeki, nad nami zamykają się drzewa, jakbyśmy plyneli w tunelu. Wyplywamy na Rio Platano, rzeka jest szeroka ale płytka, czasem zachaczamy o kamienie. Na brzegach dzungla, ale mocno przetrzebiona - coraz wiecej zajmują pastwiska, trwa tez rabunkowa wycinka drzew. Czasem pojawia się chatka lub coś w rodzaju chatki - niektórzy mieszkają pod dachem z liści, bez ścian.

Po czterech godzinach docieramy do Las Marias, ostatniej osady ludzkiej. Dalej jest tylko dzungla. Osada składa się z kilkunastu chat rozrzuconych na sporym obszarze, każdy odgradza się od sąsiada przestrzenią, nie płotem. Nie ma elektrycznosci i bierzacej wody. Znajdujemy nocleg w domu z pięknym ogrodem. W osadzie są same kobiety, okazuje się, ze mężczyźni pojechali do stolicy zglosic masowy nielegalny wyreb dżungli, na który miejscowe władze przymykaja oko. Dogadujemy trekking na Pico Dama, charakterystyczny szczyt dwa dni drogi w jedna stronę z Las Marias. Dla nas trojga potrzebne są dwie pirogi, do każdej pirogi dwoch pchaczy i sternik, wiec musimy zatrudnić sześć osób. Idziemy spać, dzungla w nocy jest glosna.

wtorek, 26 stycznia 2010

Chickenbusy i wulkany

Po drodze do Gwatemali poznajemy mlodego Amerykanina, ktory planuje przejechac cala Panamericane, czyli autostrade przez obie Ameryki. Wystartowal w Stanach, chce skonczyc w Argentynie. Przy nas zawracaja go z granicy gwatemalskiej, bo brakuje mu stempla wjazdowego do Meksyku. Daleko nie zajechal. My przekraczamy granice i porywa nas wir chickenbusow, czyli emerytowanych amerykanskich schooolbusow, ktore tu sa podstawowym srodkiem transportu. Z motorikszy przechwytuje nas pierwszy bus, potem kolejny i jeszcze kilka. Caly czas w niesamowitym scisku, ostrych aromatach o roznym pochodeniu i w ciaglym pedzie. Plecaki sa przerzucane z jednego dachu na drugi, wysiadamy i wsiadamy w biegu. Po poludniu docieramy nad jezioro Atitlan - pieknie polozone miedzy trzema wulkanami. Zaskakuje duza ilosc tursystow, wiecej niz w Meksyku. Sporo tez widac rezydentow, prowadza knajpy albo wystepuja wieczorem z gitara. Panajachel to tez weekendowa atrakcja miejscowych, wieczorem glowna ulica powoli przejezdzaja golfy trojki z subwooferami. Nawet riksze maja porzadne soundystemy i podswietlone podwozia. Nastepnego dnia plyniemy w rejs dokola jeziora. Poznajemy pare starszych, nowojorskich Zydow, ktorzy od lat podrozuja po swiecie i byli prawie wszedzie. Odbyli tez podroz prywatnym samolotem ¨w 21 dni dokola swiata¨, odwiedzajac wszystkie najslynniejsze miejsca na swiecie typu Wyspy Wielkanocne, Taj Mahal, Tahiti itp. Maja proste, ale ciekawe teorie tlumaczace swiat. Cywilizacje upadaly z powodu bankructwa - Majowie wybudowali wielkie miasta, kosztujace mnostwo pieniedzy, ale nie umieli wyzywic ludzi. Ideologie typu komunizm nie sprawdzaja sie, poniewaz nie biora pod uwage natury ludzkiej - kazdy chce miec wiecej niz inny. Wierza mocno w Ameryke - za ich zycia Stany przeszly droge od znakow "tylko dla bialych" do czarnego prezydenta. Utworzyla sie silna czarna klasa srednia. I to samo sie dzieje teraz z Latynosami. Sila asmilacyjna Ameryki jest widac wieksza niz Europy, ktora nie moze sobie poradzic z emigrantami.

Znad jeziora jedziemy do Antiguy - dawnej stolicy Gwatemali. Piekne kolonialne miasteczko, nie zmieniane od zalozenia, na ulicach ten sam kilkusetletni, dziurawy bruk. Tego samego dnia jedziemy dosc daleko poza miasto, zeby wejsc na jeden z trzech czynnych gwatemalskich wulkanow Pacaya. Przy wejsciu do parku narodowego dzieciaki sprzedaja kije za prawie dolara i odbieraja je za darmo po zejsciu - perpetum mobile. Po dosc ostrym podejsciu zaczyna sie ksiezycowy krajobraz - zastygla lawa i pyl wulkaniczny. Podchodzimy w poblize krateru, widac czerwona swieza lawe. Krater co pewien czas prycha i spadaja rozzarzone szybko stygnace fragmenty lawy. Stygnaca lawa sluzy wszystkim do grillowania marshmellowsow, niektorzy zostawiaja tez roztopione podeszwy. Wulkan budzi respekt, jak mocniej prycha, wszyscy zrywaja sie do ucieczki. Dokola piekna panorama innych wulkanow, w tym jednego dymiacego jak z komina. Wieczorem idziemy do baru, starowka robi sie szybko pusta.

Rano przekraczamy granice z Hondurasem i dojeazdzamy do malego, sennego miasteczk Copan. Honduras wita milymi ludzmi i ladnymi dziewczynami. Zwiedzamy rozlegle ruiny miasta Majow. WIelki stadion na eventy dla 4 tysiecy osob, boisko do pilki noznej. Najwyzsza piramida dla najwyzszego wladcy, zeby nikt nie mial watpliwosci kto tu rzadzi. Ale z czubka piramidy, gdzie mial miejsce, niewiele widzial z samego eventu - za wysoko. W Copan jest kilka miejsc prowadzonych przez mlodych Europejczykow. Widac, ze radza sobie calkiem niezle. Dowiadujemy sie wiecej o La Moskitii - dalekim zakatku Hondurasu na granicy z Nikaragua - drugim co do wielkosci lesie rownikowym po Amazonii. Odradzaja samotna wyprawe, strasza wysokimi kosztami. Nas nie przestrasza.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...