Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2013

Top 10 - Najciekawsze miejsca na świecie

Branżowy miesięcznik poprosił mnie o wypowiedź na temat: "Często wracam do…". Pierwsza odpowiedź to "nigdy nie wracam do...", ponieważ tyle jest miejsc do zobaczenia na świecie, że nie ma co tracić czasu na powtórki. Ale odkąd podróżuję z synem, wracamy do tych samych miejsc nad morzem, na Mazurach czy na południu, bo tam są znajomi z dziećmi. Jak Antek podrośnie, jest kilka miejsc, do których chciałbym wrócić, aby mu je pokazać. Tak powstała subiektywna lista top 10 najciekawszych miejsc na świecie (spośród tych, które odwiedziłem). Bardzo polecam te destynacje i służę informacją, jak ktoś się tam będzie wybierał.

1. Sahara od południa: Mali i Niger – Tuaregowie, Dogoni i dinozaury
2. Honduras – dżungla i prywatna wyspa
3. Etiopia – pustynia Danakil i plemiona z doliny Omo
4. Zanzibar – ocean, plaża i homary
5. Gruzja – niesamowicie gościnni ludzie, wysoki Kaukaz, zabytki
6. Syria – Damaszek i Aleppo
7. Ghana, Togo, Benin – ludzie, voodoo, ocean
8. Pakistan – góry, pustynia, Beludżystan
9. Gwatemala - dżungla, miasta Majów i wulkany
10. Iran – Isfahan, ludzie

środa, 29 kwietnia 2009

Voodoo i inne cuda Beninu

Jade do Ganvie, wioski na palach na jeziorze, glownej atrakcji turystycznej Beninu. Wlasciwie miasta, bo mieszka tu 40 tysiecy ludzi. Zbudowane na palach, zeby uchronic sie przed wrogiem, ktorego tabu zabranialo wojownikom zblizania sie do wody. Gdyby nie tabu, pale niewiele by pomogly, bo rozlegle jezioro ma metr glebokosci. Miejsce ciekawe, ale ludzie zepsuci przez turystow. Rybak zarzucajac siec szczerzy sie do zdjecia i robi kilka prob, zeby zdjecie dobrze wyszlo.

Kolejny dzien to odwiedziny Porto Novo, oficjalnej stolicy. Po drodze tropikalna burza. Ulewa jest tak potezna, ze widocznosc spada do kilku metrow, a wycieraczki nie wycieraja. Po przyjezdzie troche mokne, wiec ide na goraca czekolade. Odwiedzam palac krolewski. Wejscie jest specjalnie niskie, zeby kazdy musial oddac poklon. Wejscie dla krola jest normalne. Krol mial ponad sto zon, ktore mieszkaly gdzie indziej i urzedowaly w palacu parami przez trzy tygodnie, potem zmiana i kolejne dwie. Panowanie krolow skonczylo sie trzydziesci lat temu, kiedy po smierci krola jego dziwieciu synow nie bylo w stanie ustalic, kto ma byc nastepca.

Wieczorem w barze kolo hotelu jest promocja piwa Obama - czyli Budweisera. Rozmawiam z hostessa. Sandrinne ma 25 lat i czteroletniego syna. Mieszka z rodzicami, ale zamierza kupic mieszkanie. Swietnie zarabia, pietnascie euro za godzine pracy jako hostessa to stawka trudno osiagalna w Polsce. Przez bar caly czas przewijaja sie sprzedawcy, Sandrinne kupuje szpilki za 3 euro. Obok jest butik, na betonie przed sklepem spi czterech mezczyzn - to ochroniarze. Na przeciwko swieci neon grupy telekomunikacyjnej Peace And Love.

W sobote rano probuje sie wydostac z Cotonou. Ponad godzine spedzamy w korku. Ze wszytkich pasazerow pot leje sie strumieniami, powietrze jest siwe od spalin chinskich dwutaktow.

W Abomey polecany hotel jest w stanie zaawansowanego rozkladu. Wszedzie walaja sie rupiecie, zbutwialy sufit sie wali, na prysznicu duza pajeczyna. Wieczorem znajduje swietne zarcie uliczne, kraby i rybne kulki w zielonych lisciach i ostrym sosie. Dzieci na moj widok spiewaja piosenke: bialas, bialas, dobry wieczor, jak sie masz, dziekuje, dobrze. Niektore tytuluja mnie Monsieur Le Blanc.

Wlasciciel hotelu, Monsieur La Lutta, jest swietnym zrodlem informacji. W nocy siedzimy przed hotelem i wtajemnicza mnie w voodoo. Dostaje przepis na smierc na odleglosc. Zdjecie ofiary wraz z glowa kobry do glowy psa wlozyc. Czarnym i czerwonym sznurkiem owinac. Przy kazdym zacisnieciu powtarzac: on ma umrzec.

Rano La Lutta zabiera mnie na objazd okolicy. Objezdzamy na motorku swiatynie voodoo i palace krolow Dahomey. Odwiedzamy wioske kowali, ktorzy od setek lat w ten sam sposob kuja zelazo. Zenia sie tylko w obrebie wioski, zeby fachowa wiedza zostala w rodzinie. Monsieur La Lutta jest chory i lyka pigulki. Ale rownoczesnie skacze po lace i lapie pasikoniki, z ktorych szaman voodoo przyrzadzi alternatywne lekarstwo. Na koniec jedziemy na targ fetyszy, czyli skladnikow mikstur. Suszone weze, glowy malp, psow i kotow, skora slonia, zywe sowy, weze, kameleony.

Po poludniu jade do malej wioski na ceremonie voodoo. Centralne miejsce zajmuja starsi wioski. Z boku kobiety i dzieci, dalej grupa bebniarzy. Na srodku arena spektaklu. Po drugiej stronie stoja mlodzi mezczyzni. Dosc dlugo trwaja przygotowania. W pewnym momencie bebny przyspieszaja i na arene wybiega pierwszy demon. Do ogromnego kolorowego stroju ma przyczepionego zywego koguta. Wiruje przed publika, kobiety i dzieci spiewaja, zeby go odstraszyc. Starszyzna daje drobniaki. Nagle demon zrywa sie do biegu. Gania mlodych po polu, ci rozbiegaja sie z krzykiem na wszystkie strony. Demon dogania jednego, ten pada martwy i koledzy wynosza go do wioski. Za chwile wpada kolejny demon z symbolem innego fetyszu. Kieruje sie w moja strone, tlum ucieka w panice, ja tez uciekam. Niby zabawa, ale wszyscy traktuja ja powaznie.

Wprowadzanie kolejnych postaci trwa ponad dwie godziny. Stroje sa bogato zdobione i tak uszyte, zeby nie bylo widac, ze to przebrany czlowiek. Pod koniec tej czesci zostaje wyproszony ze wzgledu na brutalnosc dalszej czesci. Z opisu podobnej uroczystosci u Chinuy Achebe wynika, ze dalszy ciag to ofiary ze zwierzat.

W poniedzialek rano ruszam na polnoc. Przede mna dwa dni drogi do srodka Afryki, do goracego jadra ciemnosci.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Lome i swiatynia wielkiego pytona

Z Accry wyjezdzam rano i w poludnie jestem na granicy. Z granicy do Lome jest 500 metrow, na piechote szukam hotelu idac wzdluz szerokiej plazy. Znajduje nocleg w kolonialnej willi i biore motocyklowe taxi do centrum. Na swiatlach zagaduje mnie dziewczyna na skuterze. Mowie, ze chce zobaczyc miasto, zaprasza mnie na swoj skuter. Na kolejnym skrzyzowaniu omal nie wpadamy pod samochod. Idziemy na piwo, pyta czy jestem zonaty, mowie, ze zareczony. Wtedy troche traci zainteresowanie, konczy duze mocne piwo i odwozi mnie do hotelu. W poniedzialek chodze po miescie, poza wielkim targiem miasto wyglada na male i spokojne. Zewszad blisko na plaze. Na targu skora z calego krokodyla. Pytan, czy to legalne, odpowiedz brzmi - w Afryce tak. Wyjatkowo sporo bialych twarzy, wygladaja na tutejszych. Po poludniu ide na plaze, przysiada sie sympatyczny chlopak i zaraz jestem zaproszony do domu, ale grzecznie odmawiam.

Nastepna niezauwazalna granica i jestem w Beninie, w kolebce voodoo czyli Ouidah. Jade moto taxi do hotelu, ciec prowadzi tylnym wyjsciem do pokoju, ktory chyba sam zajmowal, bo szybko szura pety pod lozko i zmienia posciel. Zbijam cene o jedna trzecia, co tez jest dziwne. Potem widze wywieszke na glownym wejsciu: zamkniete z powodu remontu. Ide do swiatynii Wielkiego Pytona - dziesiatki wezy klebia sie na podlodze. Jak w filmie Klatwa Doliny Dzikich Wezy. Sa spokojne i mozna brac na rece, ale mimo wszystko budza respekt. Szukam Swietego Lasu, w koncu znajduje zagajnik z rzezbami bostw voodoo. Wracam przez miasto i nie moge znalezc restauracji, wiec wstepuje do apteki spytac o droge. I znowu siedze na czyims motorze, ktos wiezie mnie do swoich miejsc. To miejscowy lekarz. Jedziemy na obiad, w trakcie ktorego proponuje mi wizyte u siebie w domu oraz wolna od chorob dziewczyne (w koncu kto ma wiedziec, ktore sa zdrowe jak nie lekarz). Proponuje mi tez wlasne towarzystwo w dalszej podrozy. Jedziemy do jego domu, mlodsza corka, okolo roku, na moj widok ucieka z placzem. Doktor chce tez, zebym nasrepnego dnia uzywal jego czarne bmw. Za wszystko grzecznie dziekuje.

Rano ide na spacer droga niewolnikow na plaze, po drodze ladne wioski, goraco. Na plazy pomnik Drzwi Bez Powrotu, ruiny kolonialnego hoteliku, jeden opusczczony bar. Niewiele jak na druga glowna atrakcje turystyczna kraju. Po poludniu jade do Cotonou. Przeciskam sie przez korki na motocyklowym taxi, ktore tu nazywa sie zemidzan i jest podstwowym srodkiem transportu. Z dwoma plecakami i rajdowym kierowca utrzymanie rownowagi wymaga sporo wysilku. Podziwiam kobiety, ktore sie nie trzymaja, poniewaz w obu rekach sciskaja torebke, lub co gorsza niemowle. Od razu znajduje hotel, tym razem pensjonat Dzieki Bogu. Wiekszosc hoteli, do ktorych trafiam, prowadzi albo siostra przelozona, albo burdel mama. Szybko znajduje w okolicy pasnik i wodopoj i czuje sie jak u siebie. Jedyne, do czego nie moge sie przyzwyczaic to nagle trabienie zemidzanow tuz za moimi plecami. W ten sposob szukaja klientow. To co mnie czasem w Afryce przerasta to nadmiar - dzwiekow, zapachow, ludzi. Tu nie ma miejsc typu zaciszna kawiarenka, gdzie mozna sie wyciszyc. Wszedzie jest duzo, glosno i tloczno. Tesknie za chlodnym, czystym, bialym marmurem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...