Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mali. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2013

Top 10 - Najciekawsze miejsca na świecie

Branżowy miesięcznik poprosił mnie o wypowiedź na temat: "Często wracam do…". Pierwsza odpowiedź to "nigdy nie wracam do...", ponieważ tyle jest miejsc do zobaczenia na świecie, że nie ma co tracić czasu na powtórki. Ale odkąd podróżuję z synem, wracamy do tych samych miejsc nad morzem, na Mazurach czy na południu, bo tam są znajomi z dziećmi. Jak Antek podrośnie, jest kilka miejsc, do których chciałbym wrócić, aby mu je pokazać. Tak powstała subiektywna lista top 10 najciekawszych miejsc na świecie (spośród tych, które odwiedziłem). Bardzo polecam te destynacje i służę informacją, jak ktoś się tam będzie wybierał.

1. Sahara od południa: Mali i Niger – Tuaregowie, Dogoni i dinozaury
2. Honduras – dżungla i prywatna wyspa
3. Etiopia – pustynia Danakil i plemiona z doliny Omo
4. Zanzibar – ocean, plaża i homary
5. Gruzja – niesamowicie gościnni ludzie, wysoki Kaukaz, zabytki
6. Syria – Damaszek i Aleppo
7. Ghana, Togo, Benin – ludzie, voodoo, ocean
8. Pakistan – góry, pustynia, Beludżystan
9. Gwatemala - dżungla, miasta Majów i wulkany
10. Iran – Isfahan, ludzie

sobota, 11 kwietnia 2009

Dogonska bajka

Jednego z wieczorow Seck opowiada mi bajke, ktora opowiadala mu babcia. Dawno, dawno temu, byla sobie rodzina, w ktorej byl maz i dwie zony, a kazda z zon miala corke. Jedna zona byla cicha i pracowita, a druga glosna i leniwa. Gdy cicha zona zmarla, jej corka zajela sie zona glosna. Dreczyla ja i wykorzystywala do najgorszych prac. Ojciec nie mogl nic powiedziec, bo byl biedny. Pewnego dnia zona specjalnie upuscila lyzke i kazala ja umyc cichej corce w rzece, do ktorej nikt nie wiedzial jak trafic. Corka poszla, po drodze spotkala rybakow. Pozdrowila ich jak nalezy (10 zdaniami), oni pokazali jej droge. Nad rzeka spotkala piorace kobiety, pomogla im w praniu i umyla lyzke. Kobiety powiedzialy, zeby wracajac nie odwracala sie. Gdy doszla do domu, za jej plecami byly ogromne stada krow, koz i owiec. Oddala wszystko ojcu, ktory stal sie bogatym czlowiekiem. Glosna zona byla bardzo zazdosna i wyslala swoja corke z brudna lyzka. Corka spotkala rybakow, ale nie pozdrowila ich, spotkala piorace kobiety, ale im nie pomogla. Gdy doszla do domu, za jej plecami byly ogromne ilosc martwych zwierzat. Gdy to zobaczyl ojciec, wygonil glosna zone razem z corka i odtad zyli szczesliwie z corka cicha i grzeczna.

Opowiedzialem mu Kopciuszka i doszlismy do wniosku, ze obie bajki sa wlasciwie o tym samym - badz grzeczny, posluszny i pomocny a nagroda cie nie ominie. A motyw zlej macochy jest uniwersalny.

wtorek, 7 kwietnia 2009

u Dogonow

Ostatni dzien trekingu to wizyta w Sangha u rodziny Secka. Typowa niedziela wyglada tak, ze wszyscy leza caly dzien w cieniu. Tylko jedna z zon sie kreci i gotuje obiad. Ojciec Secka ma cztery zony, jest czlowiekiem zamoznym. Po poludniu wiadamy na motor i wracamy do Bandiagary. Ucieka nam autobus, wiec czekamy na okazje. Pojawia sie zapchany pick up jadacy od granicy z Burkina. W nocy stajemy na kontroli policyjnej i zaczyna sie szukanie kontrabandy. W blasku ksiezyca i ciszy rozpakowujemy caly samochod. Dokola na matach spia cale rodziny sprzedawcow wszystkiego. Policja nic nie znajduje i jedziemy dalej. Dojezdzamy w nocy, obrazony portier wpuszcza mnie do hotelu.

Nastepny dzien to poniedzialek, dzien targu w Djenne, miasteczku z najstarszym glinianym meczetem swiata. W busie spotykam trojke Polakow, para i ich polski pilot. Maja tez miejscowego przewodnika. Wycieczke kupili w biurze w Polsce. Ich trasa jest bardzo podobna do mojej, wlasciwie nie wiem, po co im ta cala obsluga. W Djenne meczet jest imponujacy a targ rzeczywiscie kolorowy, ale upal wygania nas do restauracji na piwo. Potem jest drugie piwo i wlasciwie trzeba wracac.

Dzis od rana siedze na basenie w hotelu Ya Pas De Probleme, gdzie bez problemu wbilem sie na tak zwany krzywy ryj. Po poludniu wsiadam do zdezelowanego autobusu do Burkina Faso.

Kraj Dogonow

Wracam do Mopti z Hiszpanami. Tym razem ruszamy przed switem i po poludniu jestesmy w Mopti. Idziemy na okonia nilowego w bananach; gramy w glupie gry, duzo smiechu. Po obiedzie dogaduje trekking w kraju Dogonow z Seckiem Dolo. Wybieram najmniej uczeszczana, polnocna trase, zaczynajaca sie z Sanghi, rodzinnej wioski Secka. Nastepnego dnia ranek spedzamy na dworcu. Kumple Secka ucza mnie tutejszej gry w karty 151, cos jak nasze makao. Po poludniu dojezdzamy do Bandiagary, skad nie ma dalszego transportu, wiec pozyczamy motocykl. Seck pyta, czy poprowadze, no jasne. Motor jest dosc rozklekotany, dziala tylko nozny hamulec. Droga jest szutrowa, slonce zachodzi, jest bosko. W pewnym momencie widze sterte kamieni, hamuje, nagle lece do przodu przez kierownice. Laduje na plecaku, ktory mialem z przodu. Okazuje sie, ze przy hamowaniu opuscil sie podnozek, ktory zahaczyl o kamienie. My jestesmy cali, w motorze urwal sie hamulec. W dalsza droge ruszamy wiec bez hamulca, uzywajac podeszew. Dojezdzamy do Sanghi i dalej na piechote. Wychodzimy na szczyt klifu i widok jest zniewalajacy. Malutkie domki przyklejone do skaly i ogromna przestrzen dokola. Nocleg w Banani pod wiszaca skala, na kolacje pulpa z prosa w sosie z lisci baobabu. Dziwne zwielokratniajace echo, placz dziecka brzmi jak zawodzenie grupy placzek. Zamawiam zupe, nie jest to typowe zamowienie, po jakichs trzech godzinach dostaje calkiem niezla cebulowa. Seck ma duzy szacunek do "polish zupa", ktora poczestowali go jacys oszczedni polscy turysci. Gdyby mial duzo pieniedzy, toby jadl tylko to.

Dzien trekingu w kraju Dogonow zaczyna sie z pianiem kogutow, potem sniadanie i dwie-trzy godziny marszu, potem caly dzien na macie i pod wieczor znowu kawalek do przejscia. W ciagu dnia gramy w karty albo w bantumi. Pijemy piwo z prosa, bardzo lekkie i orzezwiajace, dziala nasennie. Probuje tez owocow baobabu i tamaryndowca, sa slodko-kwasne.

Dogonskie powitanie to wymiana okolo 10 zdan typu jak sie masz, jak zdrowie, jak rodzina, trzeba to odbebnic z kazdym. Jesli spotykamy grupe, cala grupa odpowiada chorem. Gadamy o Tuaregach, Seck zwierza sie, ze gdyby zostal prezydentem, toby wszystkich wystrzelal, poniewaz zabili wielu czarnych.

Drugiego dnia dochodzimy do Youga - wioski pieknie polozonej na szczycie klifu. Czesc ludzi mieszka w domach Telemow, czyli poprzednikow Dogonow sprzed setek lat. Wchodzimy do domu, mloda dziewczyna gotuje obiad dla rodziny. Matka jest w specjalnym domu, gdzie udaja sie wszystkie kobiety, kiedy maja okres. Dogonowie maja bogata tradycje i wyjatkowe wierzenia. Z ksztaltu mrowiska wywnioskowali, ze ziemia jest okragla i kreci sie wokol wlasnej osi.

Zycie Tuarega

W Timbuktu dzien spedzam lezac w cieniu, po poludniu wychodze na miasto. Kazdy Tuareg chce cos sprzedac, jednemu udaje sie zaciagnac mnie do domu obiecujac ser z wielblada. Rzeczywiscie ma cos bardzo twardego co smierdzi jak ser kozi, biore kawalek, moze sie uda dowiesc do kraju. Wieczorem nasz gospodarz, Shindouk, zaprasza na kolacje. Menu stanowia duze okragle buly gotowane na parze w sosie z dwunastoma przyprawami Timbuktu. Najbardziej przypomina to knedliki w sosie pomidorowym. Kazde danie podawane w tym miescie zawiera dodatkowa porcje piachu. Po kolacji zona Shindouka, Kanadyjka, tlumaczy mi zawilosci zwiazane z sytuacja Tuaregow. Oficjalna wersja rzadowa mowi, ze sa oni rebeliantami, ktorzy daza do wlasnego panstwa, wspieraja ekstremistow islamskich i przerzucaja narkotyki z Gwinei do Algierii. Zona Shindouka mowi, ze nie daza do wspolnego panstwa, bo to bardzo zroznicowana grupa i nie maja poczucia wspolnej panstwowosci. Przecietny Tuareg spedza zycie w promieniu kilkudziesieciu kilometrow od rodzinnej studni. Rodziny maja bardzo rozne korzenie, sporo arabskich, troche zydowskich. Najczesciej znaja tylko swoja rodzine, nie znaja Tuaregow z innych krajow. To, o co walcza, to pewien zakres autonomii, a przede wszystkim bardziej korzystny podzial pomocy, ktora przychodzi z Zachodu. Z powodu pustynnienia okolicy i susz, czesto ich tradycyjny styl zycia jest zagrozony. Potrzebuja inwestycji, zeby przetrwac.

wtorek, 31 marca 2009

Tim-nareszcie-buktu

Czekajac na landcruisera do Timbuktu poznaje trojke Hiszpanow. Dziewczyna mowi: Oh, so you are like Kapucinsky! (Wish I was...) Mowi, ze wszyscy, ktorzy podrozuja go znaja. W polowie drogi konczy sie asfalt, zaczyna pustynia, z ktorej trzeba czasem wypychac auto. W nocy dojezdzamy do promu, ktory juz nie chodzi, wiec nocujemy na macie przed lepianka z jedzeniem. Poznany Tuareg funduje nam na kolacje - smazonego capitaine'a czyli okonia nilowego z Nigru. Smaza tam tez dziwne ptaszyska o dlugich szyjach i nogach. Tuareg zaprasza nas tez do siebie w Timbuktu. Rano przeprawa i szwendanie sie po miescie. Gliniane meczety, waskie uliczki, niesamowity upal i wszedzie piach. Miedzy 11.00 a 15.00 da sie tylko lezec. Wstepuje do biblioteki z manuskryptami - objasniaja mi jak sie konserwuje i rekonstruuje zbiory. Po poludniu, jak upal troche odpuszcza, wsiadamy na wielblady i ruszamy na putynie. Pod wieczor dojezdzamy do gospodarstwa kolejnego Tuarega - namiotu, ktory przenosi co miesiac, jak sie skoncza w poblizu cierniste krzewy dla jego koz i wielbladow. Po kolacji czyli wspolnej misce ryzu z koza i przyprawami lezymy i gapimy sie w gwiazdy. Jest tak daleko do cywilizacji, chociaz zasieg w telefonie jest cqlkiem niezly. Konczy sie dopiero po 4 dniach drogi wielbladem z Timbuktu. Noc jest zaskakujaco zimna, kilka razy sie budzimy. Wstajemy ze sloncem. Rano idziemy do studni po wode, potem wracamy do miasta zanim slonce nie wzejdzie za wysoko.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...